William Szekspir Henryk V (wersja skrócona) przekład: Piotr Kamiński

reprodukcja wydania oryginalnego Henryka V Quarto z 1600 roku

PROLOG

CHÓR (AKTOR I)

O, gdyby z ognia mieć Muzę i wzlecieć
Prosto w słońce natchnienia! Zrobić sobie
Z królestwa – teatr, a z książąt – aktorów,
I przed królami grać królewski dramat!
Wtedy Król Henryk, w marsowej postaci,
Stanąłby tu przed wami, u stóp mając,
Jak psy na smyczy gotowe do skoku,
Głód, miecz i ogień. Wybaczcie nam, proszę,
Marnym nieukom, żeśmy czelność mieli
Wznieść na tych kilku kostropatych deskach
Tak wielką rzecz. Bo jak w ten kurnik wcisnąć
Francuskie niwy? Jak w to O drewniane
Nawtykać bodaj hełmów, co smagały
Pióropuszami niebo Azincourt?
Przebaczcie – przecież i zero koślawe
Urasta w milion, gdy stanie, gdzie trzeba,
My przeto, zera w tym wielkim rachunku,
Wyzyskać chcemy waszą wyobraźnię.
Wystawcie sobie, że w tej ciasnej beczce,
Twarzą w twarz stoją dwa wielkie królestwa,
Których wyniosłe, skalne czoła dzieli
Jedynie wąska gardziel oceanu.
Czego nam brak, wesprzyjcie myślą teraz,
Obróćcie w tysiąc jednego człowieka
I armię stwórzcie siłą wyobraźni.
Koń ze słów tylko – wam niech w myślach stanie
Żywy, i ziemię dumnie rwie kopytem.
W waszą myśl królów odziejemy, na niej
Będą przemierzać i lądy, i lata,
Zbierając dzieło niezliczonych godzin
W jedną klepsydrę. Ja was w tym wspomogę,
Chór, wasz przewodnik. Słuchajcie cierpliwie,
A wysłuchawszy, błagam uniżenie,
Sądźcie łaskawie nasze przedstawienie.
Wychodzi.

Scena 1

Król Henryk V, Arcybiskup Canterbury

CANTERBURY (AKTOR III)

Niech Pan Zastępów ma twój tron w swej pieczy,
Byś długo był jego ozdobą.

KRÓL (AKTOR II)

Dzięki.
Mów, światły mężu, mów – i sprawiedliwie,
Zbożnie nam wyłóż, w jaki sposób prawo
Salickie, które mają tam, we Francji,
Naszym roszczeniom szkodzi, lub nie szkodzi.
Uchowaj Boże, lordzie, byś sens jego
Naginał, mącił, fałszował, lub zgoła
Hańbił swą duszę, wywodząc zeń chytrze
Różne tytuły nam należne, choćby
Prawdy nie było w tym ni na lekarstwo.
Bóg wie, jak wielu zdrowym dzisiaj ludziom
Przyjdzie poświadczyć krwią słuszność tej sprawy,
Do której nas przekonasz, wasza miłość.
Bacz więc, w co wplątać chcesz naszą osobę,
I po co pragniesz śpiący miecz obudzić.
Pomny mojego zaklęcia, mów, lordzie,
My zaś słuchamy, wierząc całym sercem,
Żeś każde słowo skąpał w swym sumieniu,
By wszystkie czyste były i bezgrzeszne.

CANTERBURY (AKTOR III)

Słuchaj mnie zatem, najjaśniejszy panie,
I wy, co winni jesteście tronowi
Służbę i życie. Twym prawom do Francji,
Nic nie przeszkadza, prócz jednej reguły,
Tę zaś wywodzą aż od Faramonda:
„In terram Salicam mulieres ne succedant”,
„W ziemi salickiej białka nie dziedziczy” –
Francuzi mienią zaś Francję – niesłusznie –
Ziemią salicką, twierdząc, że Faramond
Wzbronił dziedziczyć ziemię po kądzieli.
Wszakże ich właśni autorzy przyznają,
Że kraj ów leży w Germanii, pomiędzy
Salą i Łabą, tam, gdzie Karol Wielki
Sasów pobiwszy, zostawił za sobą
Garść Franków, jako osadników – ci zaś,
Mając w pogardzie germańskie kobiety,
Które podobno źle się prowadziły,
Ustanowili to prawo: niewiasta
W ziemi Salickiej dziedziczyć nie może.
Ziemia ta leży od Sali do Łaby,
Jako się rzekło, i dziś zwie się Miśnia.
Wynika z tego, że prawo salickie
Nie ma wspólnego nic z królestwem Franków.
Oni to prawo salickie podnoszą,
Aby odtrącić twe słuszne roszczenia,
I tak się bawią z nami w chowanego,
By nie obnażyć swych próżnych tytułów,
Tobie i przodkom twoim wykradzionych.

KRÓL (AKTOR II)

Mogę więc swego dochodzić bez grzechu?

CANTERBURY (AKTOR III)

Niechby też, władco, spadł na moją głowę!
W Księdze Liczb bowiem stoi napisane:
„Gdy umrze mąż bez syna, niechaj po nim
Córka dziedziczy.”Najjaśniejszy Panie,
Broń swego, rozwiń swe krwawe sztandary,
Idź za przykładem twych mocarnych przodków.
Stań przed grobowcem pradziada, po którym
Bierzesz tę schedę. Niech cię duchem natchną
On i syn jego, Edward, Czarny Książę,
Który odegrał na francuskiej scenie
Tragedię, siły ich w proch rozbijając,
Gdy jego wielki ojciec stał na wzgórzu
I śmiał się, patrząc, jak młody lew chłepce
Krew francuskiego szlachectwa! O, Anglio!
Starczyło twoich szlachetnych rycerzy
Pół, by rozgromić kwiat rycerstwa Francji,
Gdy drugie pół, w uśmiechu zęby szczerząc,
Stało bezczynnie, gotowe do skoku.

KRÓL (AKTOR II)

Postanowiliśmy. Z Bożą pomocą
I waszym wsparciem – gdy już będzie nasza,
Francja przed nami skłoni się w pokorze,
Lub pójdzie w drzazgi. Albo obejmiemy
Potęgą tego berła całą Francję,
Lub w nędznej urnie złożymy te kości,
Niegodne grobu, co je upamiętni.
Albo o czynach naszych będą kiedyś
Pieśni układać, albo nasz grób, niczym
Żebrak turecki z wyrwanym językiem,
Nie szepnie nawet naszego imienia.
W morze! Niech zagrzmią surmy! A zasada ?
Zły to król Anglii, co Francją nie włada!

Fanfara. Wychodzą.
CHÓR (AKTOR I)

Już młody Anglik żywym ogniem płonie!
Jedwabne szatki poszły do lamusa,
Dziś bowiem płatnerz w modzie jest, nie krawiec,
I honor każdą męską pierś rozpiera.
Na wyobraźni skrzydłach – nasza scena
Szybciej od myśli oto świat przemierza.
Pomyślcie zatem, żeście już widzieli
Jak król w rynsztunku wszedł na pokład w Hampton,
Gdy śmigłej floty jedwabne bandery
Budziły słońce rzeźwiącym powiewem.
Zmajstrujcie w myślach konopne drabinki
I niech wspinają się po nich majtkowie.
Słyszycie? Gwizdek jak bosman odmierza
Rytm krzątaniny. Spójrzcie: wiotkie żagle,
Wezbrane wiatrem niewidzialnym, ciągną
Cielska okrętów przez spienione skiby,
Orząc ten ugór bez dna. Stańcie teraz
Na morskim brzegu, a stamtąd ujrzycie
Miasto na płynnych wzgórzach roztańczone,
Bo tak się jawi majestat tej floty,
Co zmierza do Harfleur.
Wytęż myśl, Widzu, spójrz: trwa oblężenie.
Tu działa stoją na lawetach, szczerząc
Paszcze złowrogie na blanki Harfleur.
Tam – wraca poseł francuski i mówi,
Że jego władca chce dać Henrykowi
Swą córkę Katarzynę, a w posagu
Dołożyć parę mizernych ksiąstewek.
Królowi to nie w smak, kanonier zatem
Podpala lonty, huk –

Alarm, huk dział.
Wszystko się wali
W gruzy. Tymczasem, Widzu, bądź tak miły
I myślą wspieraj nasze wątłe siły.

Scena 2

KRÓL (AKTOR II)

Jeszcze raz w wyłom, najmilsi, raz jeszcze,
Lub go zatkajcie trupami Anglików!
Nic, w czas pokoju, tak męża nie zdobi,
Jak małomówność, skromność i pokora.
Lecz gdy zgiełk wojny rozsadza wam uszy,
Wtedy za przykład macie wziąć tygrysa,
Mięśnie natężyć, krew rozpalić w sercu,
Dobroć wrodzoną skryć pod maską furii.
Niech coś strasznego w oku wam zabłyśnie,
Zęby zacisnąć teraz, wydąć nozdrza,
Dech wstrzymać, zebrać wszystkie siły w sobie!
I naprzód, naprzód, szlachetni Anglicy,
Niech zagra w żyłach krew walecznych ojców!
Kto z was czci matkę swoją, niech dowiedzie,
Że nie kto inny, lecz ojciec go spłodził.
Służcie za przykład ludziom krwi podlejszej,
Uczcie ich bić się! A wy, dobrzy kmiecie,
Których z angielskiej gliny ulepiono,
Pokażcie, co jest warta!
Widzę – stoicie gotowi do skoku
Jakby ogary. Huzia na zwierzynę!
Z duchem! I krzyczcie – bij, kto w Boga wierzy,
Bóg jest z Henrykiem! Anglia! Święty Jerzy!

Zgiełk bitewny, salwa artylerii.

Scena 3

Król Henryk, Komendant Harfleur

KRÓL (AKTOR II)

I cóż komendant miasta postanowił?
Więcej już takich poselstw nie przyjmiemy.
Zdajcie się więc na naszą łaskę, albo,
Jeśli was nęci krwawe widowisko,
Na naszą żądzę krwi. Bo, jakem żołnierz –
To miano, sądzę, najlepiej mnie streszcza –
Jeśli w te mury jeszcze raz uderzę,
To nie zostawię Harfleur pół-zdobytej,
Lecz w jej popiołach pogrzebię ją całą.
Zamknę na głucho wrota miłosierdzia,
Gdy wściekły żołdak, kosiarz bezlitosny,
Z sumieniem równie przepastnym jak piekło,
Machnie skrwawionym sierpem i pościna
Kwiat waszych dziewic, pąki dzieci waszych.
Co mi tam – przecież tylko z waszej winy
Czyste dziewice wasze padną łupem
Rozpasanego gwałtu i przemocy?
Mężowie Harfleur, miejcie litość
Nad waszym miastem i nad jego ludem,
Dopóki władam jeszcze żołnierzami
I póki rześki, łagodny wiatr łaski
Rozwiewa czarne chmury tej zarazy,
Mordu, grabieży i obrzydliwości.
Inaczej zaraz ujrzycie, jak żołdak
Z okiem przekrwionym targa brudną łapą
Waszych wrzeszczących córek złote loki,
Za siwe brody wlecze ojców waszych,
Na pikę wbija wasze nagie dzieci,
A oszalałe matki rozdzierają
Niebo swym wyciem – jak niegdyś w Judei,
Gdy rzeź tam wiedli oprawcy Heroda.
Mówcie, czy żyć pragniecie? Czy zaciekłą
Furią wiedzeni – skoczyć w takie piekło?

KOMENDANT (AKTOR III)

Na nic dziś więcej liczyć nie możemy.
Delfin, wezwany na pomoc, odpisał,
Że, by przełamać takie oblężenie,
Wciąż nie ma dosyć wojsk. Miasto i życie
Zdajemy zatem na twe miłosierdzie.
Wejdź, władaj nami i wszystkim, co nasze.
Dłużej się bronić nie jesteśmy w stanie.

KRÓL (AKTOR II)

Otwórzcie bramy. Exeter, mój stryju,
Ty wraz z załogą w Harfleur pozostaniesz.
Umocnij miasto przeciwko Francuzom.
Bądź miłosierny dla wszystkich. Co do nas,
Skoro z nadejściem zimy, naszych ludzi
Dręczą choroby, staniemy w Calais.
Dziś nas zaprosisz w Harfleur na wieczerzę,
Jutro ruszymy na zimowe leże.
Wychodzą.

Scena 4

Król Henryk, Montjoy – poseł francuski

MONTJOY (AKTOR III)

Niech moje szaty powiedzą, kim jestem.

KRÓL (AKTOR II)

Słyszymy dobrze, co mówią. A cóż od ciebie usłyszymy?

MONTJOY (AKTOR III)

Myśli mego władcy.

KRÓL (AKTOR II)

Odsłoń je zatem.

MONTJOY (AKTOR III)

Oto, co mówi mój król:
„Powiedz Henrykowi, królowi Anglii, że choć się zdawało, iż Francja umarła, był to sen jedynie. Przewaga lepszym jest żołnierzem, niż pośpiech. Powiedz mu, że mogliśmy go przepędzić już w Harfleur, uznaliśmy wszelako, iż nie należy targać wrzodu, póki nie dojrzeje. Dziś przemawiamy we właściwej chwili i głos mamy donośny. Anglia pożałuje swego szaleństwa, doświadczy swej słabości i podziwiać będzie naszą powściągliwość. Powiedz mu zatem, by rozważył okup, który współmierny musi być do naszych strat, zabitych poddanych, wycierpianych zniewag, choć, po prawdzie, gdyby sprawiedliwie chciał je powetować, nie zdołałby podźwignąć takiego ciężaru. Strat naszych jego skarbiec nie ogarnie. Krwi przez nas przelanej nie utoczy sobie cały jego lud. Co do zniewagi zaś, choćby się sam przyczołgał na klęczkach do naszych stóp, zbyt byłoby to mizerne spełnienie. Dodaj do tych słów nasze wyzwanie i rzeknij na koniec, że zdradził swoich towarzyszy, na których wyrok już zapadł.” Tyle słów mojego pana i władcy, i tyle mojego poselstwa.

KRÓL (AKTOR II)

Znam już twój urząd, lecz jak się nazywasz?

MONTJOY (AKTOR III)

Montjoy.

KRÓL (AKTOR II)

Dobrze spełniłeś swą powinność. Wracaj.
Powiedz królowi, że dziś się bić nie chcę.
Chciałbym bez przeszkód tylko do Calais
Przemaszerować. Bo też, mówiąc szczerze –
Wiem, nierozsądnie wyznać to wrogowi,
Co nas przerasta potęgą i sprytem –
Choroba ludzi moich przetrzebiła,
A ci nieliczni, którzy mi zostali,
Nie lepsi prawie, niż byle Francuzi,
Choć kiedy byli w zdrowiu, wierz, heroldzie,
Rzekłbyś, że na tych dwóch angielskich nogach
Walczy Francuzów trzech. Przebacz mi, Boże,
Moje przechwałki, to francuskie wiatry
Zaraziły mnie pychą. Już się kajam.

Idź, powiedz swemu władcy, że tu stoję.
Cały mój okup – to mizerne ciało.
Armia go strzeże wątła, schorowana.
Lecz, Bóg mi świadkiem, nic nas nie powstrzyma,
Choćby na drodze Francja nam stanęła
Z całą rodziną. Masz tu za swe trudy,
Montjoy. Niech pan twój to rozważy. Gdy nam
Da przejść – przejdziemy. Lecz gdy nam przeszkodzi,
Przemalujemy żółte skiby Francji
Waszą czerwoną krwią. Bądź zdrów, Montjoy.
Masz tu odpowiedź naszą w krótkich słowach:
Bitwy w tym stanie wydać wam nie chcemy,
Lecz ją przyjmiemy, bodaj i w tym stanie.
Tak powiedz swemu władcy.

MONTJOY (AKTOR III)

Tak powiem. Dzięki, najjaśniejszy panie.
Wychodzi.

CHÓR (AKTOR I)

Wyobraźcie sobie teraz, że jest chwila
Szmerów tajemnych, kiedy przypływ mroku
Wypełnił świata przepastne naczynie.
Z obozu w obóz przez wnętrzności nocy
Niesie się obu armii pogwar cichy,
Tak, że straż jedna może słyszeć niemal,
Co straż przeciwna szepce między sobą.
Zegary biją, wiejski kogut pieje,
Sennego świtu to trzecia godzina.
Francuzi, dumni z liczebnej przewagi,
Nazbyt weseli, próżni, zadufani,
Już w kości grają o biednych Anglików,
Na noc pomstując, że ledwo kuśtyka,
Jak wiedźma stara, brzydka i kulawa,
Nogą powłócząc. A znowu Anglicy,
Niezdolni oka zmrużyć jak skazańcy,
Siedzą przy ogniu, roztrząsając w duchu
Groźby poranka. W księżycowym blasku,
Znużone gesty, wychudłe policzki,
Wytarte, wojną złachane opończe,
Dają im kształt upiorów. Lecz kto ujrzy
Żałosnej zgrai królewskiego wodza,
Co od namiotu chodzi do namiotu,
I od straży do straży, ten zakrzyknie
„Cześć mu i chwała!”, a on idzie dalej,
Odwiedza wszystkich, wita się, uśmiecha,
Wszystkich obdziela spojrzeniem i topi
Mroźne okowy strachu. Pan czy szarak,
Każdy się zetknie z Harry’m owej nocy,
My zaś, niegodni, wam to pokażemy.
Na pole bitwy przenieśmy więc scenę,
Gdzie, wstyd i hańba! przyjdzie nam znieważyć –
Wyszczerbionymi kilkoma ostrzami
Co się tu zetrą w żałosnej potyczce –
To imię: Azincourt. Otwórzcie oczy,
Bo tu z błazeństwa – prawda się utoczy.
Wychodzi.

Scena 5

Król, Żołnierz.

WILLIAMS (AKTOR III)

Kto idzie?

KRÓL (AKTOR II)

Swój.

WILLIAMS (AKTOR III)

Kto twój dowódca?

KRÓL (AKTOR II)

Sir Thomas Erpingham.

WILLIAMS (AKTOR III)

Dobry, stary wiarus i szlachcic dobrego serca. Powiedz no, co myśli o naszym położeniu?

KRÓL (AKTOR II)

Że jak rozbitkowie wyrzuceni na mieliznę czekamy, aż nas przypływ zgarnie.

BATES (AKTOR III)

Ale królowi tego nie powiedział?

KRÓL (AKTOR II)

Nie, i nie powinien. Bo, jeśli wolno tak rzec, myślę, że król jest takim samym człowiekiem, jak ja. Fiołki nie pachną mu inaczej, niż dla mnie, niebo wygląda tak samo, pogodne czy chmurne. Zmysły ma tej samej, co ja, człowieczej natury. Kiedy zeń zedrzeć wszystkie ozdoby, w swej nagości jest tylko człowiekiem. A choć jego uczucia szybują wyżej, niż nasze, spadają nie mniej zawrotnie. Kiedy więc dostrzega, jak my, powody do obaw, jego obawy smakują pewnie tak samo, jak nasze. Lepiej byłoby jednak, by go nikt nie zaraził własnym niepokojem, od króla bowiem zarazić by się mogła cała armia i stracić ducha do walki.

BATES (AKTOR III)

Niech się obnosi, jak chce, ze swym męstwem, ja i tak jestem pewien, że w taką zimną noc, jak dzisiaj, wolałby stać po szyję w Tamizie. Ja też bym wolał, żeby tam stał, a ja tuż przy nim, i niech się dzieje, co chce, byleby się stąd wygrzebać.

KRÓL (AKTOR II)

Jak mi Bóg miły, powiem wam, co myślę o królu. Myślę, że nie chciałby być nigdzie indziej, tylko tutaj.

BATES (AKTOR III)

To niechby sobie i był, byle sam. Sam by się wtedy wykupił, a wielu biednych ludzi ocaliłoby życie.

KRÓL (AKTOR II)

Mam nadzieję, że aż tak mu źle nie życzysz, żeby go tutaj samego zostawić. Co do mnie, nigdzie bym chętniej nie umierał, jak w towarzystwie króla, bo idzie o honor i sprawa jest słuszna.

WILLIAMS (AKTOR III)

Jeżeli przyszedł tu w złej sprawie, będzie miał słony rachunek do spłacenia, kiedy w dniu sądu zbiorą się te wszystkie ręce, nogi i głowy w bitwie odrąbane. Jedni będą przeklinać, inni wołać o chirurga, tamci znowu opłakiwać swoje wdowy, albo długi niespłacone, albo sieroty bez ojca w niedoli. Myślę, że kto w bitwie umiera, rzadko dobrze umiera, bo jak się rozliczysz z Bogiem i sumieniem, kiedy przelewasz cudzą krew? Więc jeśli oni umrą w grzechu, to czarno widzę dla naszego króla, co ich do tego przywiódł.

KRÓL (AKTOR II)

Jeśli więc ojciec wyśle syna w morze z towarem i syn utonie w stanie grzechu, cały ciężar grzechów syna spada według ciebie na ojca, który go wyprawił? A jeśli służący, na rozkaz pana, pójdzie gdzieś z workiem pieniędzy i zginie z ręki rozbójników, nie wyspowiadawszy się z ciężkich win – czy także powiesz, że to interesy pana skazały sługę na potępienie? Bo przecież tak nie jest. Król nie odpowiada za los każdego żołnierza, ani ojciec za syna, ani pan za sługę. Nawet najczystszą sprawę trzeba czasem rozsądzić z mieczem w dłoni – a skąd król ma wziąć armię bezgrzesznych rycerzy? Ten może mieć na sumieniu tajemne morderstwo, tamten uwodzi niewinne dziewice, łamiąc dane im przysięgi, inny jeszcze znalazł w wojnie bezpieczne schronienie, dotąd bowiem parał się rabunkiem i przemocą. A choć okpili prawo i ludzką sprawiedliwość, tylko przed ludźmi uciekli, bo nie ma takich skrzydeł, co by pozwoliły umknąć przed Bogiem. Wojna jest Jego żandarmem, narzędziem Jego zemsty. Tu wszyscy, którzy pogwałcili niegdyś królewskie prawo, walczą w królewskiej sprawie – i to jest ich kara. Tam, gdzie lękali się śmierci – ocalili życie, tam, gdzie szukali schronienia – czyha na nich śmierć. Jeśli więc umrą bez rozgrzeszenia, król tyle ponosi odpowiedzialności za ich potępienie, co przedtem za ich przewinienia. Poddany winien jest służbę królowi, lecz dusza każdego z nich należy tylko do niego samego. Dlatego żołnierz na wojnie powinien uczynić to, co chory na łożu boleści, zmyć każdą plamę ze swego sumienia. Jeżeli umrze rozgrzeszony, śmierć będzie dlań dobrodziejstwem, lecz jeśli przeżyje – błogosławiony ów czas, który stracił, by się na śmierć przygotować.

Panie Zastępów, zahartuj ich serca.
Przed strachem obroń ich, odbierz im wszelką
Biegłość w rachunkach, nim liczebność wroga
Wydrze im męstwo z piersi. Nie dziś, Panie!
Dziś nie wspominaj grzechów mego ojca!
Wiem, jak zagarnął koronę – ja za to
Nowy grobowiec dałem Ryszardowi
I więcej na nim wylałem łez skruchy,
Niż mu morderca kropli krwi utoczył.
Pięciuset biednych co rok na wikt biorę
By co dzień dwakroć kołatali w niebie
O odpuszczenie tej krwi. Dwie kaplice
Ufundowałem, gdzie nabożni mnisi
Śpiewają pieśni za duszę Ryszarda.
Uczynię więcej, lecz cokolwiek zrobię
To nic, dopóki próśb o rozgrzeszenie
Nie wesprze szczera pokuta.

Scena 6

Król Henryk, Westmoreland

WESTMORELAND (AKTOR III)

Mają sześćdziesiąt tysięcy żołnierzy.
I wypoczętych. Pięciu na jednego.
Straszna przewaga – gdyby tu mieć bodaj
Dziesięć tysięcy tych Anglików, co dziś
Bąki zbijają.

KRÓL (AKTOR II)

I któż tego pragnie?
Kuzyn Westmoreland? Nie, piękny kuzynie:
Jeśli nam śmierć pisana, dość nas będzie
Aby kraj poniósł stratę. Jeśli życie –
Tym więcej chwały każdemu przypadnie.
Bóg tak chciał, zatem nie proś o nikogo.
Lecz, Westmorelandzie, ogłoś wszem i wobec,
Że ten, kto ducha do walki nie czuje,
Może wyjechać. Dać mu list żelazny
I parę koron w sakiewce, na drogę.
Nie w smak nam wcale przy takim umierać,
Co nie chce w śmierci być nam towarzyszem.
Dziś dzień przypada świętego Kryspiana:
Kto go przeżyje i do domu wróci,
Będzie się zrywał z miejsca na to imię,
Czując, jak wielka rozpiera go duma.
A kto po dniu tym późnych lat doczeka,
Ten będzie spraszać co roku sąsiadów
Mówiąc im „Jutro świętego Kryspiana”;
I rękaw zadrze i blizny pokaże,
Mówiąc: „Te rany wziąłem w dzień Kryspina”.
A choć o wszystkim zapomni na starość,
Swe mężne czyny w owym dniu spełnione
Spamięta i ozdobi, a nazwiska
Król Henryk, albo Exeter i Bedford
Warwick i Talbot, Salisbury i Gloucester,
Zabrzmią mu w ustach jak krewnych imiona,
I w pełnych kuflach zalśnią nowym blaskiem.
I od tej chwili aż do końca świata
Ni dzień nie minie Kryspina Kryspiana
By nie wspomniano o nas dobrym słowem,
O nas, garstce szczęściarzy, gdzie brat w brata,
Bo ten co ze mną dzisiaj krew przeleje
Będzie mi bratem, bodaj nikczemnego
Był pochodzenia, i będzie szlachcicem.
A szlachta, co dziś w Anglii pod pierzyną,
Złorzeczyć będzie, że jej tu nie było.

Scena 7

Król Henryk, Montjoy

MONTJOY (AKTOR III)

Przychodzę jeszcze raz, Królu Henryku,
Pytać, czy okup jesteś gotów płacić,
Skoro od klęski nic cię nie uchroni.
Wkrótce pochłonie cię ta przepaść, w którą
Spoglądasz teraz. W miłosierdziu swoim
Nasz wódz zaleca też, byś towarzyszy
Skłonił do skruchy, by ich dusze mogły
W błogosławionym pokoju ulecieć
Z pola, na którym ich nieszczęsne ciała
Leżeć będą i gnić.

KRÓL (AKTOR II)

Kto cię przysyła?

MONTJOY (AKTOR III)

Konetabl Francji.

KRÓL (AKTOR II)

Powtórz mu więc moją
Pierwszą odpowiedź. Niech mnie najpierw schwyta,
Gdy mu tak pilno sprzedać moje kości!
Boże, dlaczego z nas drwią, biednych ludzi?
Wielu z nas, wierzę, znajdzie grób w ojczyźnie,
Na nim zaś, w spiżu zaklętą na wieki,
Pamięć o naszych, dziś spełnionych czynach.
Lecz ten, kto mężnie zginąwszy, zostawi
Kości we Francji, zazna chwały, choćby
Spał w waszym gnoju. Słońce hołd mu złoży,
Woń męstwa tylko unosząc ku niebu,
A tu, na dole, zostawi smród ścierwa,
Żeby wam klimat truł i siał zarazę.
Jaki waleczny ten Anglik! że nawet
Po śmierci, niczym kula rykoszetem,
Znów rusza wrogów zabijać, jak gdyby
Własną śmiertelność, jak płaszcz, przenicował.
Moi żołnierze mówią, że przed zmierzchem
Będą mieć świeże szaty, bo przez głowę
Zedrą liberię francuskim lokajom
I z pańskiej służby ich odprawią. Jeśli,
Daj Bóg, tak zrobią, mój okup bez trudu
Sam się uzbiera. Marszu oszczędź sobie,
Miły Heroldzie, nie przychodź po okup.
Bo nie dostaną nic, tylko te kości,
A w takim stanie, w jakim je zostawię,
Drogo nie pójdą. Tak powiedz wodzowi.

MONTJOY (AKTOR III)

Tak zrobię, królu Henryku, bądź zdrowy.
Wiedz, że herolda więcej nie usłyszysz.
Wychodzi.
Scena 8
Zgiełk wojenny. Dwaj dowódcy francuscy.

ORLÉANS (AKTOR III)

O Seigneur ! Le jour est perdu, tout est perdu !

DELFIN (AKTOR III)

Mort de ma vie, wszystko przepadło, wszystko!
Słyszycie? hańba i wstyd wieczny!

KONETABL (AKTOR III)

Już nasze wszystkie szyki przełamane!

DELFIN (AKTOR III)

Gińmy więc z własnej ręki, jak Rzymianie!
O te łazęgi graliśmy tu w kości?

ORLÉANS (AKTOR III)

Okup chcieliśmy brać za tego króla?

BOURBON (AKTOR III)

Hańba, wieczysta hańba, nic prócz hańby!
Śmierć, śmierć! Wracajmy bić się tam, raz jeszcze!
Kto za Bourbonem nie ruszy, niech idzie
Dość nas zostało jeszcze żywych w polu,
By zbitą hordą zdruzgotać Anglików,
Gdyby się tylko wziąć w karby.

BOURBON (AKTOR III)

Do diabła!
Razem iść trzeba i ginąć – słyszycie?
Od wiecznej hańby lepsze krótkie życie !

Wychodzą.

Scena 9

Fanfara. Król Henryk, Montjoy

KRÓL (AKTOR II)

Jeżeli chcą się bić, niech zjadą do nas,
Lub zejdą z pola. Parzy nas ich widok.
Jeśli odmówią, my ruszymy na nich
I tak oberwą, że odfruną stamtąd
Szybciej niż kamyk z asyryjskiej procy.
Ponadto, jeńcom poderżniemy gardła,
A z tych, co wpadną nam w ręce, litości
Nie zazna żaden.

Wchodzi Montjoy.

KRÓL (AKTOR II)

Cóż to ma znaczyć, heroldzie? Czy nie wiesz,
Że wam już okup w tych kościach spłaciłem?
Jeszcze wam mało?

MONTJOY (AKTOR III)

Nie, potężny władco.
Przychodzę prosić cię o miłosierdzie.
Pozwól nam przejść się po tym krwawym polu,
Naszych poległych spisać i pochować,
Szlachtę oddzielić od prostego ludu,
Bo tam, o zgrozo! wielu naszych książąt
Przesiąka krwią najemników, a chłopstwo
W ich krwi błękitnej pławi swoje kości.
Ranne wierzchowce, we krwi po pęciny
Brną przez to krwawe bagno, w dzikim szale
Godząc żelaznym kopytem w swych panów,
Jakby nie dość zabitych. Daj nam, królu,
Przejść się bezpiecznie po polu i zebrać
Ich zwłoki.

KRÓL (AKTOR II)

Powiem ci szczerze, heroldzie,
Że nie wiem jeszcze, kto w bitwie zwyciężył,
Bo wasza jazda wciąż nie zeszła z pola
I galopuje.

MONTJOY (AKTOR III)

Ty wygrałeś, królu.

KRÓL (AKTOR II)

Pan Bóg to sprawił, nie nasza potęga.
Jak się nazywa ten zamek w pobliżu?

MONTJOY (AKTOR III)

Azincourt.

KRÓL (AKTOR II)

A zatem w święto Kryspina Kryspiana
Bitwa pod Azincourt się tu odbyła.

Scena 10

Król Henryk, Dowódca angielski.

HEROLD (AKTOR III)

Oto jest lista zabitych Francuzów.

KRÓL (AKTOR II)

Ilu znaczniejszych poszło do niewoli ?

EXETER (AKTOR III)

Siostrzeniec króla, Karol Orleański,
Marszałek Boucicaut i Jan z Burbonów.
Panów, baronów, giermków i rycerzy –
Gminu nie licząc – półtora tysiąca.

KRÓL (AKTOR II)

Tutaj zliczono poległych Francuzów
Dziesięć tysięcy. Stu dwudziestu sześciu
Z nich to książęta i wielmoże władni
Prowadzić własną chorągiew. Do tego
Rycerzy, giermków oraz zbrojnej szlachty
Osiem tysięcy czterystu, w czym znowu
Pięciuset ledwo wczoraj pasowanych.
Najemnych tylko tysiąc sześćset – reszta
Wszystko książęta, baronowie, szlachta,
Rycerze z wielkich, znakomitych rodów.
Iście królewski kondukt pogrzebowy.
Gdzie lista naszych poległych Anglików?
Stryj Edward, książę Yorku, hrabia Suffolk,
Sir Richard Keighley, Davy Gam, ze szlachty.
Znaczniejszych nazwisk – to wszyscy, a innych
Dwudziestu pięciu. Tyś to sprawił, Boże!
Twemu ramieniu, nie nam, przypisać trzeba
Ten tryumf. Kiedyż to nie zręczny manewr,
Lecz sprawiedliwa bitwa, wywołała
Po jednej stronie straty tak ogromne,
I nikłe tak po drugiej? W Twoje ręce,
Boże, to Twoje dzieło.

EXETER (AKTOR III)

Cud prawdziwy.

KRÓL (AKTOR II)

Procesją teraz do tej wsi pójdziemy,
I niech żołnierze wiedzą, że śmierć czeka
Tego, co chełpić się będzie zwycięstwem,
Bogu zadroszcząc chwały. Odprawimy
Święte obrządki.
Zmarłych nabożnie powierzając ziemi,
Śpiewajmy im Non nobis i Te Deum.
Do Calais potem! Jeszcze król z drużyną
Z Francji do Anglii szczęśliwszy nie płynął. Wychodzą.

CHÓR (AKTOR I)

Tym, którzy z książek wojny tej nie znają,
Zaraz coś powiem – oczytani za to
Niech nam przebaczą, że tak żonglujemy
Czasem, liczbami i porządkiem zdarzeń,
Które w swym bujnym, rzeczywistym kształcie
Tu się nie zmieszczą. Zabraliśmy króla
Do Calais. Spójrzcie – już tam dotarł. Teraz
Na skrzydłach myśli nieście go przez morze –
Aż po angielski brzeg, gdzie gęsty, żywy
Ostrokół z mężczyzn, kobiet, małych dzieci,
Radosną wrzawą zagłusza ryk morza,
Gdy ono, niczym herold, biegnie przodem,
Ścieląc królowi drogę – on zaś zsiada
I z wielką pompą zmierza do Londynu.
Burmistrz i rada w uroczystych strojach,
Jak niegdyś senat rzymski otoczony
Skłębionym tłumem plebejuszy, idą
W tryumfie witać swojego Cezara.
Dopóki Francja zalewa się łzami,
Król Anglii lepiej żeby w domu siedział,
Gdzie przybył Cesarz, wstawić się za Francją
I negocjować pokój. Tu pomińmy
Wszystkie wypadki, które poprzedziły
Ponowną podróż Henryka do Francji.
Tam go ujrzycie – ja zaś wpadłem tylko,
By streścić, czego wam nie opowiemy.
Wybaczcie skrót i bystrej myśli lotem
Do Francji oczy przenieście z powrotem.
Wychodzi.

Scena 11

Król Henryk, Król Francji.

KRÓL (AKTOR II)

Pokój zebranym tu – w imię pokoju.
Naszemu bratu – Francji, siostrze naszej,
Zdrowia i słońca. Najlepsze życzenia
Naszej kuzynce ślicznej, Katarzynie.
I tobie, który zebrałeś nas wszystkich,
Tobie, gałęzi królewskiego rodu,
Księciu Burgundii – pięknie się kłaniamy.
Zdrowia życzymy wszystkim panom Francji.

KRÓL FRANCJI (AKTOR III)

Wielką nam radość sprawiasz swym przybyciem,
Bracie angielski! to piękne spotkanie
Oby się równie szczęśliwie skończyło,
Jak się zaczyna dla nas – od spojrzenia
W twoje przyjazne, jasne oczy, które
Miotały dotąd w każdego Francuza
Zabójczym ogniem, godnym bazyliszka.
Wierzymy święcie, że jad owych spojrzeń
Już zwietrzał, i że dzień dzisiejszy zmieni
Zatargi wszystkie i urazy – w miłość.
Co na przeszkodzie stoi, aby pokój,
Tu, w naszej żyznej Francji, w najpiękniejszym
Z ogrodów świata, obrodził na nowo?
Bo tak już dawno z kraju go wygnano,
Że jego plony, w kopcach bylejakich,
Gniją, przeżarte własną obfitością.
Winnica, której sok się w sercu śmieje,
Schnie nieprzycięta. Zadbany żywopłot –
Dzisiaj jak więzień obrosły szczeciną,
Jeży zwirzchone pędy. Na odłogach
Szalej się pleni, cuchnąca dymnica
I rzep – a lemiesz, co miał z korzeniami
Tę dzicz wyorać, rdzewieje bezczynnie.
Łąki pachnące niegdyś koniczyną,
Pierwiosnkiem w centki, leczniczym biedrzeńcem,
Marnieją odkąd nie widziały kosy,
I, jakby z nudów, byle chwasty płodzą,
Oset i łopian, blekot i pokrzywy –
Co ani ładne, ani pożyteczne.
Gdy nam tak pola i łąki niszczeją
Z rozkazu własnej, ułomnej natury,
W nas, w naszych domach, naszych dzieciach, giną,
Bośmy im dali umrzeć z braku czasu,
Wiedza i mądrość, godne tego kraju.
Banda dzikusów z nas, jak ci żołnierze,
Którym krew tylko w głowie; patrzą srogo,
Klną w żywy kamień, łażą rozchełstani,
Z lubością pławiąc się w każdym bestialstwie.
Przywróćmy Francji jej dawne oblicze!
Czyż się nie po to zebraliśmy tutaj?

KRÓL (AKTOR II)

Jeżeli, królu, tak pragniesz pokoju,
Bo, gdy go braknie, plenią się nieszczęścia
O których mówisz – kupisz go, spełniając,
Co do jednego, nasze sprawiedliwe
Żądania, których treść i każdy szczegół
Masz w swoich rękach, pokrótce spisane.
W imię przyjaźni i sojuszu zatem
Proszę, byś przyjął wszystkie, bez wyjątku
I na ostatek – dał mi swoją córkę.

KRÓL FRANCJI (AKTOR III)
Weź ją, mój synu i płodź mi potomków.
Francuz z Anglikiem, jak ich dwaj królowie,
Niech żyją w zgodzie – a Bóg „Amen” powie.

KRÓL (AKTOR II)

Teraz szykujmy ślub. A w dniu wesela
Złożymy śluby na wierność przymierzu.
I jak ja Kasi – niech danego słowa
Każdy z nas długo, szczęśliwie dochowa.
Wychodzi.
CHÓR (AKTOR I)

Tak oto mężów ogromnych nazwiska
Zgarbiony autor, zbrojny w rylec tępy,
W tę ciasną klitkę niestrudzenie wciskał,
Rwąc złotą wstęgę ich dziejów na strzępy.

Gwiazdą był Henryk i świecił jaskrawo,
Lecz krótko. W bój szedł z Fortuną na przedzie
I rajski ogród zdobył za jej sprawą,
Który synowi pozostawił w schedzie.

Ów Henryk Szósty był młody, zbyt młody,
Gdy jąć się musiał królewskiego dzieła,
Tylu o władzę poszło więc w zawody,
Że Francję stracił, Anglia krwią spłynęła.

Znacie to już z tej sceny – ja zaś wierzę,
Że dziś będziecie klaskać równie szczerze.
Wychodzi.


„Raport o stanie świata” jest programem w całości finansowanym przez słuchaczy za pośrednictwem serwisu Patronite.pl.

Proszę pisać na adres mailowy raportu: raportrosiaka@gmail.com


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Raport tworzymy dzięki Waszemu wsparciu!

Raport o stanie świata jest programem w całości finansowanym przez słuchaczy za pośrednictwem serwisu Patronite.pl.

Zapisz się do newslettera!