Klatka z „Le loup mal-aimé” - spotu świątecznego francuskiej sieci supermarketów Intermarché fot. materiały promocyjne marki
17 stycznia 2026

Baju baju

Autor: Grzegorz Dobiecki
Zamknij

Grzegorz Dobiecki

Na co dzień gospodarz programu „Dzień na świecie” w telewizji Polsat News. W Raporcie autor cyklu felietonów „Świat z boku”.

Kontakt: grzegorz.dobiecki@raportostanieswiata.pl

Fot: Tomek Sikora

Snuje się wilk po lesie, łapami powłóczy, smutny, bo samotny. Wszystkie zwierzęta szykują się do wspólnej Wigilii, ale jego nie zaproszą. Wiadomo, zaraz by je połknął, jak to wilk. Aż mały jeżyk zdobywa się na odwagę i podpowiada drapieżnikowi: zmień dietę. Mięsożerca przekonuje się więc do kuchni wege, zbiera grzyby i owoce, częstuje wiewiórki plackiem wielowarzywnym własnego wypieku – i dostaje miejsce przy wigilijnym stole, między bobrem a osiołkiem. Morał: wszyscy mamy powody, by zacząć lepiej się odżywiać.

Morał dopisała francuska sieć supermarketów, która tę animowaną bajeczkę zamówiła w ramach przedświątecznej operacji promocyjnej. Towarzyszyło jej w mediach wyjaśnienie, że idzie tu nie tylko o propagowanie gastronomii bezmięsnej, lecz także o pochwałę inkluzywności. Ktoś nielubiany i odrzucany, przy odpowiednim do niego podejściu, też może i powinien być przyjęty do wspólnoty. Film o niedopieszczonym wilku – Le loup mal-aimé – doczekał się w internecie ponad miliarda odsłon; jego bohater jest już celebrytą, wirtualnie wygrywa nawet wybory prezydenckie z faworytem narodowców. Widać zapotrzebowanie na ładną bajkę było ogromne.

Takiego rozanielenia nie mogli jednak znieść obrzydliwi cynicy. I przerobili animację na modłę – jak twierdzą – szkoły realizmu. W ich wersji krzątający się w kuchni wilk nie tłucze orzechów, tylko kotlety z królika, wiewiórkę zamiast głaskać patroszy, a w kociołku gotuje nie ratatuję, tylko jeża w całości – tego samego, co chciał z wilka zrobić jarosza.

Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki – zauważył niegdyś autor dzieł z innej kategorii piśmiennictwa, Monteskiusz. A dzisiaj historia się panoszy, butna, zaborcza, niestrudzona. Żadni zmiennicy jej niepotrzebni, na pewno już nie ckliwe moralitety z happy endem. Jeśli więc jest jeszcze miejsce na bajkę, to jako na ilustrację historii, nie zaś jej surogat. Dlatego na wilka nie czeka miejsce przy wspólnym stole, lecz na liście drapieżników do odstrzału zatwierdzonej przez Komisję Europejską.

Im więcej w bajce prawdy, zwłaszcza gorzkiej, tym bardziej i tym dłużej jej wymowa pozostaje uniwersalna. Od Ezopa poczynając fikcyjne relacje międzyzwierzęce służą za zwierciadło prawdziwych stosunków międzyludzkich, więc także międzynarodowych. Lis nie może dosięgnąć kiści dojrzałych winogron, rozgłasza zatem, że są kwaśne. Sour grapes – mówią Anglicy. Zgniły Zachód – mówią jego wrogowie, a do zerwania winogron coraz im bliżej. Prawo silniejszego znowu staje się normą. W bajce Ignacego Krasickiego wilki, zanim rozerwą i zjedzą baranka, odpowiadają na jego pytanie, jakim prawem chcą to zrobić. Ich eksplikacja jest krótka: smacznyś, słaby i w lesie. Innych powodów nie mają.

Biskup Krasicki i tak okaże się piewcą piękna, dobra i sprawiedliwości, jeśli jego bajki zestawimy z dziełem Wilhelma i Jakoba Grimmów. Niemieccy bracia sami niczego nie wymyślali, spisywali ludowe opowieści – stąd tyle w ich baśniach autentyzmu i tyle okrucieństwa. Niektóre choćby z tytułu przypominają reportaże Egona Erwina Kischa, na przykład „Das Mädchen ohne Hände”, „Bezręka Dziewczynka”. Albo straszliwa krótka historia o dzieciach, które bawiły się w świniobicie. W finale nie będzie formułki żyli długo i szczęśliwie. To literatura pełna mordów, tortur, okaleczeń, aktów kanibalizmu, przemocy domowej, porzucania dzieci, wygnania, pożarów i ciężkich chorób. Może właśnie dlatego baśnie braci Grimm zostały wpisane przez UNESCO do światowego dziedzictwa, w rejestrze Pamięci Świata.

Ani bardziej pogodnie, ani mniej uniwersalnie nie jest też w „Czerwonym Kapturku” Charlesa Perraulta. Miejscem akcji współczesnej wersji tej mrocznej bajki mogłaby być – i zapewne nieraz była – prywatna wyspa Jeffrey’a Epsteina. U Hansa Christiana Andersena sadystyczna „Królowa Śniegu” uosabia śmierć, „Dziewczynka z zapałkami” kona z zimna, a „Cynowy żołnierzyk” ginie w ogniu. Historie jak newsy z serwisów informacyjnych. Albo „Nowe szaty cesarza”: gdyby dzisiaj w najpotężniejszym z państw dziecko krzyknęło król jest nagi, sekretarz zdrowia stwierdziłby niechybnie, że to majaczenie poszczepienne.

Dalej: w bajkach Jeana de Lafontaine’a czy Iwana Kryłowa żaby i myszy – jak tyle narodów – wybierają sobie najgorszych władców; pycha prowadzi tam do straty pozycji, własności, wolności albo i życia. Głupota prowadzi donikąd. Mądre szczury, Sejm zakończywszy na próżnej gawędzie, z kwitkiem do nor wracają. Pod piórem klasyków gatunku kwitną łatwe kariery, niekompetencja i nepotyzm. A nasz klasyk, Wojciech Młynarski, przerabia rodzimą bajkę o szewczyku Dratewce na piosenkę o Lechu Wałęsie. Natomiast Władysław Pasikowski mógłby nakręcić film o gangsterze, który wkręcał policjantów w paskudne afery. Wystarczyłoby przerobić bajkę Juliusza Słowackiego „O Janku, co psom szył buty”.

Posłuchaj

Posłuchaj również

14 lutego 2026

Cud w Mediolanie

14 lutego 2026

Skąd Hezbollah w Wenezueli?

7 lutego 2026

Dlaczego nauka jest polityczna

-10
+10
00:00
/
00:00