Fot: Brian Wertheim / Unsplash
21 sierpnia 2021

Błąd dwudziestoletni

Autor: Grzegorz Dobiecki
Zamknij

Grzegorz Dobiecki

Dziennikarz, publicysta gospodarz programu „Dzień na świecie” w Polsat News.

Politycy nie mówią prawdy, żadne odkrycie. Interesujące jest jednak odkrywanie, w jaki sposób jej nie mówią. Kłamstwo zakłada premedytację i złą wolę, więc do kłamstw rzadko przyznają się otwarcie. Tym bardziej zapadają w pamięć odstępstwa od tej reguły, jak spowiedź byłego premiera Węgier, socjalisty Gyurcsanya. Uderzył się w piersi aż zadudniło i wyznał: na temat sytuacji gospodarczej kłamaliśmy od rana do wieczora. Samokrytykę za kreatywną księgowość państwa greckiego przed trojką Merkel-Sarkozy-Juncker złożył premier Papandreu. A możnowładcy ją wyciszyli w imię ideologii euro. Czyli można grać subtelniej. 

Na przykład przyznając się jedynie do kłamstwa biernego, to jest do niewyjawiania prawdy. Prezydent Macron oświadczył ze skruchą, że mieszkańcy francuskiej Polinezji nie byli informowani przez Paryż o skutkach doświadczalnych eksplozji atomowych, prowadzonych na atolach przez trzy dekady. Perskie oko puścił do rodaków prezydent Rouhani; mógł sobie na to pozwolić, bo żegnał się z urzędem. Powiedział: to, co w Teheranie mówiliśmy ( w domyśle – na temat zestrzelenia ukraińskiego samolotu pasażerskiego), nie było sprzeczne z rzeczywistością, ale nie była to cała prawda. Z kolei premier Rutte miał „nieprecyzyjnie i błędnie” informować parlament Holandii o rozmowach, prowadzonych z Rosją w sprawie gazociągu Nord Stream 2. 

Dziwnie podatni na konfabulacje polityczne wydają się Brytyjczycy, uchodzący przecież za przenikliwych. Po opowieściach o świetlanej przyszłości poza Unią przełknęli też mit o rządowym planie ochrony przed pandemią, który to plan istniał już od kilkunastu lat, ale – gdy przyszło co do czego – akurat gdzieś się zapodział. Co, po prawdzie, nie jest niemożliwe w kraju, w którym kandydat na ambasadora przy NATO gubi tajne dokumenty ministerstwa obrony na przystanku autobusu. 

Własnego błędu nie wyparł się także – innego wyjścia już, zdaje się, nie miał – Armin Laschet, chadecki kandydat na kanclerza Niemiec. W swojej książce o ekologii nie dopuścił się plagiatu, co mu zarzucano, przytrafiły mu się tylko „błędy w redakcji”, za co przeprosił. 

Zdarzają się wszakże sytuacje, w których przepraszanie za błąd nie uchodzi za próbę wybrnięcia z krętactwa i ukrycia winy. Przeciwnie, ma się stać dowodem uczciwości i odpowiedzialności. Tak się dzieje wtedy, gdy przeprasza ktoś wprowadzony w błąd, zatem w swych intencjach bez zarzutu. I taką interpretację dałoby się zastosować do sprawy afgańskiej oraz roli Joe Bidena – gdyby nie fakt, że tutaj wprowadzanie w błąd wygląda na zasadę. Ba, tu wprowadzenia w błąd sypią się kaskadą. Amerykańskie służby dwa lata temu przestrzegały przed kontynuowaniem wojny, by w ostatnich tygodniach faktycznie odradzać szybki odwrót, bo afgańska armia pierzchnie, a rząd szybko upadnie. Wywiad nigdy nie przedstawił spójnej opinii; widać informatorzy zwodzili go tak samo, jak talibowie negocjatorów najpierw Trumpa, potem Bidena. Nie wiem, jak można było uniknąć chaosu – wyznał w efekcie przywódca supermocarstwa. Główny cel interwencji – dopadnięcie bin Ladena i rozbicie Al Kaidy w Afganistanie – został dawno osiągnięty. 

Że istnieje jednak cel nadrzędny, wierzyli nie tylko sojusznicy i żołnierze koalicji. Uwierzyło w to przede wszystkim afgańskie pokolenie dwudziestolecia swobód, a kobiety już zwłaszcza. Mówi się, że zegarka nie powinni naprawiać ci, co go zepsuli. Czy teraz wyprowadzać z afgańskiego błędu mieliby ci, którzy weń wprowadzili? To może zająć następnych 20 lat. 

Posłuchaj

Posłuchaj również

24 stycznia 2026

Dowody istnienia potwora

24 stycznia 2026

Kim są astronauci?

23 stycznia 2026

Yael van der Wouden on „In Good Hands”

-10
+10
00:00
/
00:00