If I were a rich man, ya ba diba diba diba diba dum… Ha, Tewje Mleczarz z Anatewki miał bardzo sensowne marzenia, takie w sam raz na życzenia noworoczne. Wielki dom oraz kury i gęsi na podwórzu można sobie darować. Ale nie tę jego zasadniczą wizję. Gdybym był bogaty – kombinował Tewje – najważniejsi ludzie przychodziliby do mnie po rady, niczym do króla Salomona. I nie miałoby znaczenia, czy rady są mądre czy nie, bo jasne jest przecież, że bogaty się nie myli. Gdyby się mylił, nie byłby bogaty.
Jeśli zaś z majątku ma się brać wiedza i racja, to czemu nie dokończyć tej implikacji dopisując jeszcze władzę. Bezpośrednią czy choćby tylnosiedzeniową. Mariaż pieniądza z polityką, nic nowego; o cześć wam, panowie magnaci. Tak właśnie – wyjątkowym statusem materialnym – od zawsze legitymizowali swoją pozycję rozmaici patrycjusze, mandaryni, oligarchowie i inni plutokraci. Pieniądz jest bogiem naszych czasów, a Rothschild jest jego prorokiem – zauważał nawet romantyk Heinrich Heine. Dzisiaj, choć wygląda jak pierwsza naiwna z gimbazy, celniejsze obserwacje wyśpiewuje Ariana Grande. Ten, kto powiedział, że pieniądze nie rozwiązują problemów, widocznie miał za mało kasy, żeby je rozwiązać. To złota myśl z jej „Siedmiu pierścieni”, hymnu materialistki.
Najwyraźniej zatem kasy nie mieli pod dostatkiem – bardzo majętni przecież – Rishi Sunak, Thaksin Shinawatra, Silvio Berlusconi czy Petro Poroszenko, bo problemy po nich pozostały. Pociągając z cienia za sznurki nie poradzili sobie także George Soros, Mukesh Ambani, Armancio Ortega, nawet Igor Kołomojski. Ani krezusi z grupy Bilderberg, ani prezesi kosmopolitycznych korporacji, ani Forum w Davos i lista Forbesa razem wzięte. Armia ponad dwudziestu milionów milionerów wraz z jej specjalsami – prawie trzema tysiącami miliarderów – pozostała impotentna lub indyferentna wobec problemów świata. Z własnymi radziła sobie nieźle. Jak – wypatrzył Thomas Picketty. W XXI wieku, według jego diagnozy, kapitał dalej mnoży się przez pączkowanie. Bogacze opływają w coraz większe bogactwa, ubodzy ubożeją, gdyż praca nie zapewnia materialnego awansu czy choćby bytowej stabilności.
Dlatego były związkowiec Lula i były bankier Macron, złączeni wbrew naturze jak karp z królikiem we francuskim przysłowiu, zabiegają o przysolenie podatku od fortun tym najbogatszym z bogatych. Dałoby to jakieś 250 mld dolarów rocznie, do roztrwonienia choćby na kolejne konferencje klimatyczne. Co ciekawe, niektórzy magnaci – na przykład dziedzice imperiów Disneya i Rockefellerów – są gotowi samo-się-opodatkować. Nawet im nie dowierza jednak NGO Oxfam i postuluje likwidację przynajmniej połowy miliarderów, a najlepiej wszystkich. Jeszcze nie fizyczną, na razie finansową.
Albowiem bogactwo to odpowiedzialność, jak mówił papież Franciszek w nieprzyzwoicie zamożnym Luksemburgu. Wśród starej arystokracji pieniądza to akurat prawda: zasada odpowiedzialności przyświeca wszelkim inwestycjom, lokatom oraz sukcesjom. Uczą się tego również porządne mafie. Nowi królowie życia patrzą na świat inaczej. Miliarderzy z Doliny Krzemowej ze swoim libertariańskim etosem – pisał o nich New York Times jeszcze przed wyborami prezydenckimi – najadą Waszyngton, gdzie będą się cieszyć bezprecedensową władzą na szczeblu federalnym. W ogóle będą się cieszyć. Must be funny in a rich men’s world. I się ziściło.
Pomiędzy głównymi zagrożeniami najbliższych dziesięciu lat kanadyjski think tank PHC wskazuje przejęcie władzy przez miliarderów. W tym celu mieliby oni wykorzystywać należące do nich platformy, firmy i fundacje, by wprowadzały do polityki wartości i przekonania, które negują uznawane dotąd reguły demokracji. Bardzo możliwe, że to rozdanie właśnie trwa.
Najsilniejszy jest król pik. Elon Musk, postać jak z komiksu. Naturalizowany Kapitan Ameryka, przyboczny już-prawie-prezydenta. Czy może odwrotnie. Arcybogacz wszystko wie i wszystko może. Produkuje elektryczne samochody i kosmiczne rakiety; co z tego, że nieraz wybuchają. Proponuje Taylor Swift spłodzenie dziecka, a ta, głupia, ofertę lekkomyślnie odrzuca. Początkująca miliarderka nie rozumie, co traci. Inni zyskują. Ukraińcy – satelitarne Starlinki. AfD i Nigel Farage – polityczne błogosławieństwo i obietnicę finansowego wsparcia; Ramzan Kadyrow – pancerną teslę. Użytkownicy X-a dostają szansę komunii myśli z właścicielem, który nazwał się teraz Kekius Maximus. To fantazyjne odwołanie i do internetowych kodów amerykańskiej alt-right, i do kryptowaluty, i do filmowego „Gladiatora”. Bo Elon Musk buduje nie tylko fabryki i kosmodromy. Także masową wyobraźnię, by zaraz całym sobą ją wypełnić. Dziś marzyciel Tewje pewnie nie chciałby być jak Salomon: miałby lepszy wzór.