Władysław Heraszkewycz z Ukrainy pokazuje swój kask na znak pamięci o ukraińskich sportowcach, którzy zginęli w czasie wojny, podczas treningu skeletonu mężczyzn na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich Milano Cortina 2026 w Cortinie d’Ampezzo we Włoszech, 11 lutego 2026 r. PAP/EPA/DANIEL DAL ZENNARO
14 lutego 2026

Cud w Mediolanie

Autor: Grzegorz Dobiecki
Zamknij

Grzegorz Dobiecki

Na co dzień gospodarz programu „Dzień na świecie” w telewizji Polsat News. W Raporcie autor cyklu felietonów „Świat z boku”.

Kontakt: grzegorz.dobiecki@raportostanieswiata.pl

Fot: Tomek Sikora

W Mediolanie wszystko odbyło się jak należy. Jakby istotę i urodę ceremonii otwarcia zapowiedział już wcześniej swoimi filmami Paolo Sorrentino. Młodość, Wielkie Piękno, La Grazia. Do tego doszło szczytne przesłanie: Igrzyska Pokoju – napisał Il Messagero. Ale olimpijski pokój nie przerwał żadnej wojny. Ukrainie musiały wystarczyć oklaski dla jej sportowców. Żywych. Oddanie czci tym zabitym okazało się zabronione. Na gwizdy zasłużyła reprezentacja Izraela oraz wiceprezydent Vance. Zaś demonstrantów gwałtownie protestujących przeciwko Zimowym Igrzyskom jako – ich zdaniem – klęsce dla Lombardii premier Giorgia Meloni nazwała dzień później wrogami Włoch.

Na stadionie San Siro oficjele potrafili jednak zachować umiar, tak przecież typowy dla włoskiego stylu i smaku. Więcej: dowiedli, że nawet perfekcja może być umiarkowana. Prezydent Sergio Mattarella podszył się pod zwykłego obywatela i przyjechał tramwajem. Miał miejsce siedzące i sporo czasu, zdążył podnieść dzieciaczkom zgubionego misia – a nie nauczył się dobrze jednego jedynego zdania, jakie miał do wygłoszenia. W efekcie zamiast dwudziestych piątych Zimowych Igrzysk otworzył piętnaste. Nikt nie śmiał poprawić głowy państwa, by nie wyszło, że ona nie tkwi na swoim miejscu.

Wstrzemięźliwość w dążeniu do doskonałości udzieliła się i innym. Sprawozdawcy telewizji RAI pomylili stadiony i miasta. Szefową MKOlu przedstawiono jako córkę prezydenta Włoch. Disneyowska Mariah Carey odśpiewała piosenkę wszystkich piosenek – Volare, tyle że we włoszczyźnie Brada Pitta z Bękartów wojny. Rozległy się więc publicystyczno-polityczne głosy, że doszło do katastrofy i kompromitacji. Ważniejsze było jednak szczere wyznanie organizatorów Igrzysk Mediolan-Cortina: zdążyć z tym wszystkim na czas udało się nam cudem.

Cud w Mediolanie to nie pierwszyzna. W 1951 roku Cesare Zavattini i Vittorio de Sica nakręcili film Miracolo a Milano i zdobyli w Cannes Złotą Palmę. Powstało dzieło nieoczekiwane i nieoczywiste, bo zrywające z włoskim neorealizmem na rzecz socrealizmu magicznego. Toto, chłopczyk znaleziony w kapuścianych grządkach, dorastając odkrywa w sobie nadprzyrodzone moce. Zostaje przywódcą nędzarzy, zamienia slumsy w miłe miasteczko, a kiedy kapitalista, właściciel gruntów – jak się okazało, roponośnych – każe się biedakom wynosić, Toto i jego towarzysze odlatują na miotłach do kraju, gdzie nie ma biednych i bogatych.

Szukanie podobieństw między filmowym Toto a kierowniczką włoskiego rządu może się wydawać zabiegiem bezsensownym, już choćby dlatego, że Giorgii Meloni nie znaleziono w kapuście. Tym niemniej całkiem sporo jej rodaków zdaje się wierzyć, że ona przenosi ich do kraju, w którym co prawda biedni i bogaci istnieją nadal, ale w lepszych proporcjach: pierwszych ubywa, drugich jest coraz więcej. Ten włoski odlot nie może być wyłącznie tworem krajowej imaginacji, rezonuje bowiem międzynarodowo. Francuzów irytuje fakt, że ich statystyczna rodzina, zawsze zamożniejsza od włoskiej, już straciła tę przewagę. Rządy w Rzymie – historycznie rzecz biorąc – powinny seryjnie upadać lub przynajmniej wciąż się chwiać, tymczasem gabinet Meloni ani drgnie. Media głoszą cud gospodarczy. Berlin miałby się ponoć zastanawiać, czy przymierza z Paryżem nie zamienić aby na oś z Rzymem. Meloni, rodem ze skraja prawicy, wrasta w europejski mainstream. Zarazem dba o więzy włosko-amerykańskie, według Donalda Trumpa mocne od starożytności.

Naturalną konsekwencją tego stanu rzeczy stało się zdarzenie – jak się początkowo mogło wydawać – nadnaturalne, czyli cud w Rzymie. W odnawianej bazylice San Lorenzo in Lucina twarz anioła ze ściennego malowidła przybrała rysy Giorgii Meloni. Lewicowa opozycja natychmiast zażądała wyjaśnień. Kiedy wyszło na jaw, że to lipa, falso miracolo, cud fałszywy, a więc żaden – wśród osób śpiesznie pielgrzymujących do bazyliki rozczarowanie było znaczne. Twarz pani Meloni przyprawił cherubinowi renowator, z własnej inicjatywy. Po kilku dniach wikariat diecezji rzymskiej, nie życząc sobie podobnych happeningów, nakazał wymazanie anielskiego oblicza.

To jednak sprawy nie zamyka. Nie kończy jej także oświadczenie samej pani premier, że ona anioła nie przypomina. A porucznik Columbo przypominał? Peter Falk w kultowym filmie Wima Wendersa był jak herbertowski Szemkel, Siódmy Anioł: czarny nerwowy w starej wyleniałej aureoli, przemycający grzeszników do nieba. A anioł stróż od Mrożka, co to z miłości do prawa przekracza prawo i w celu zapewnienia przewagi dobra nad złem stosuje środki przymusu bezpośredniego… Nie mówiąc już o upadłym aniele Johna Miltona, który woli panować w piekle niż służyć w niebie. Pozostaje więc niepewność, czy Włochami, krajem wielu cudów i licznych igrzysk, nie rządzi przypadkiem – jak w piosence Presleya – the devil in disguise. Il diavolo travestito.

Posłuchaj

Posłuchaj również

14 marca 2026

Brudna robota

14 marca 2026

Kuba pogrąża się w kryzysie

14 marca 2026

Misja DART: jak chronić Ziemię

-10
+10
00:00
/
00:00