W nowym sezonie serialu „1670” na agendę groteskowej rady królewskiej trafia sprawa zagraniczna. Turcja zawarła sojusz niekorzystny dla Polski. Idąc za głosem Jana Pawła z Adamczychy Rada szybko rozstrzyga, jak się do problemu odnieść: najlepiej w ogóle o nim nie mówić. Gdyż mówienie o tym, co szkodzi Polsce – szkodzi Polsce.
Doświadczenia naszej demokracji szlacheckiej stanowią część europejskiego dziedzictwa, czemu więc nie miałaby z nich skorzystać demokracja liberalna, w tym wypadku francuska. Oto bowiem niektórzy kandydaci do najwyższego urzędu V. Republiki podnoszą alarm, że są oszczerczo atakowani przez rosyjskich trolli. A to, podobnie jak pewne zagraniczne krytyki, zatruwa kampanię przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi; właściwie zakłóca już sam proces wyborczy. Czyli szkodzi Francji.
Okazuje się jednak, że można patrzeć na to nieco inaczej. Jakby zezem szlachcica Adamczewskiego. Liberalno-lewicowy „Le Monde” uważa, że kandydaci na prezydenta niepotrzebnie podnoszą wrzawę wokół rosyjskich dezinformacji. Jasne, chcą sobie przydać politycznej wartości, że niby tacy są ważni, skoro to ich dotyczą rosyjskie ataki. Tymczasem – twierdzi „Le Monde” – na tym zgiełku atakujący zyskują więcej niż atakowani. Producenci deepfake’ów z grup Matrioszka czy Storm 1516 chwalą się swoim przełożonym z GRU, jakiego to bałaganu narobili we Francji. Wniosek: ciszej nad tymi nieznacznymi szkodami, bo rozgłos tylko je powiększy. Są poważniejsze zagrożenia.
Oczywiście, że są, dlaczego jednak te niby poślednie miałyby być przemilczane? W hybrydowej cyberwojnie nie ma wielkich bitew, tym bardziej trzeba uważać na skromne operacje. Pierwszym kandydatem, którego wzięła na cel rosyjska dezinformacja, był Edouard Philippe, premier w pierwszej kadencji prezydenta Macrona, później z nim politycznie poróżniony. Jeśli wierzyć sondażom, centrysta Philippe jest jedynym politykiem, który w drugiej turze wyborów prezydenckich mógłby pokonać faworytkę narodowców, miłą Moskwie Marine Le Pen.
Następne miejsca w sondażach – i jednocześnie na rosyjskiej liście proskrybcyjnej – zajmują inny były szef rządu, Gabriel Attal oraz Raphael Glucksmann z lewicy, tej bardziej „kawiorowej”. Kłamstwa w Sieci na temat ex-premierów dowodzą ich rzekomych chorób. Glucksmann miałby zaś być wynoszony w górę – aż na sam szczyt – dzięki spiskowi, jakim kieruje jego partnerka, wpływowa i przebiegła prezenterka telewizyjna Léa Salamé. Pomaga jej znany dziennikarz śledczy, Edwy Plenel, były naczelny „Le Monde”, który niegdyś był trockistą, a może i jest nadal. Postacie wprost stworzone do knucia.
Podobne informacje kuszą i uwodzą, zwłaszcza gdy są wstrzykiwane do internetu w formule Doppelgängera , czyli sobowtóra. Idzie o przypuszczanie ataków na wybrany cel niejako pod fałszywą flagą. Zmanipulowane wywiady, fikcyjne reportaże, kłamliwe analizy ukazują się jako publikacje znanych i uznanych mediów, co czyni je wiarygodnymi – aż do odwołania przez fact checking. Rosjanie stosowali Doppelgängera już przy poprzednich wyborach prezydenckich we Francji. Wcześniej, w 2017 r., uderzyli w sztab Macrona metodą hack and leak, piratując i ujawniając wrażliwe dane. Francuskie służby przypuszczają, że hakerzy Putina znowu jej użyją tuż przed wyborami. Tak jest, ciosy tego rodzaju są bardziej dotkliwe niż wszelkie fałszywki, co nie powinno jednak oznaczać lekceważenia tych drugich. Jak w obronie przed atakami z powietrza: rój dronów, nawet rozproszony, dokona niemniejszych spustoszeń niż rakieta.
Ale francuskie wybory są już nie tylko pod rosyjskim ostrzałem. Swoje pociski dalekiego zasięgu odpala na swojej platformie X Elon Musk. W tonie troski i współczucia napisał, że ostatnią szansą dla Francji jest Marine Le Pen. Dla Marine to naturalnie przysługa, tyle że niedźwiedzia. Dobrze czując nastroje rodaków, Le Pen usiłuje bowiem dystansować się od obozu Trumpa. Natomiast dla liderki Ekologów, Marine Tondelier, słowa Muska są jawną ingerencją w wewnętrzne sprawy Francji. Należy wobec tego wprowadzić shutdown platformy X na czas kampanii i wyborów prezydenckich. Musk odpowiada na to, że to panią Tondelier jako zdrajczynię Francji powinien dotknąć shutdown, a jeszcze lepiej shut up. Odpowiada również francuski rząd: publiczna wypowiedź, pozytywna czy negatywna, na temat polityki innego kraju nie jest aktem manipulowania jego opinią publiczną. Czyli Musk nie manipuluje.
Tym niemniej rząd zapewnia , że Francja nie będzie tolerować żadnych prób ingerencji zagranicznych w swoje procesy wyborcze. Zaatakowani kandydaci alarmują: jeżeli Francja nie zrobi niczego dla swojej ochrony, Rosja może nam skraść wybory. Ochronie mają posłużyć – jak to w demokracji liberalnej – odpowiednie regulacje prawne. Przyda się także trzeźwe spojrzenie: satyryczny magazyn „Le Gorafi” ogłasza, że według rosyjskiej dezinformacji były premier Attal cieszy się dużym poparciem Francuzów.