Zdobył tylko Nowy Jork, a mówi już o nowym świecie. Zohran Mamdani musi się pilnować, żeby nie popaść w próżny epigonizm i nie wypalić: I have a dream. Ciekawe, dokąd on rzeczywiście sięga wyobraźnią i zamiarami. Wgryza się w Wielkie Jabłko, które spadło mu pod nogi – czy może patrzy z oskomą dużo dalej, ponad tęczę, ponad gwiazdy (i pasy). A więc: planuje – czy marzy?
Różnica jest taka, jak między Robertem Schumanem, francuskim ministrem, a Robertem Schumannem, niemieckim kompozytorem. Pierwszy był jednym z projektantów marzenia o nowoczesnej wspólnocie europejskiej. Kolejni wykonawcy tej makrobudowy odchodzą coraz dalej od oryginału, nie przydając mu świetności. Schumann muzyk stworzył Träumerei, romantyczne Marzenie w tonacji F-dur. Kolejni wykonawcy nadają tej miniaturze świetne interpretacje, na czym oryginał w żadnej mierze nie traci.
Träumerei to klejnot ze szkatułki Scen dzieciństwa. W niej mieszczą się wszelkie marzenia. W ciasnym kartonie świata dorosłych – już nie, chyba że kurczą się do rozmiarów mrzonek i urojeń. Dziecięce marzenia płyną w tempie andantiono moderato, łagodne, niewinne, niezaborcze i ciche. Z czasem zamieniają się jednak w krzykliwe rozkazy. Dream on, dream on – śpiewa frontman Aerosmith, jakby wydawał polecenie służbowe. Pink Floyd propaguje naukę latania, ignorując doświadczenie Ikara. Jutro ma być lepsze – decyduje Dreamer Ozzy Osbourne. A zachętę Bruce’a Springsteena – dream, babe, dream – większy boss zmienia w nafciarski slogan drill, babe, drill. Donald Trump wbija marzenie w glebę. Już i tak niechętną obcym, którzy chcieliby w niej zapuścić korzenie. Kilka milionów dzieci nielegalnych imigrantów nie może się doczekać prawnego uznania za obywateli USA. Marzyciele, tak ich nazwano.
Formalnie pełnię praw obywatelskich mają bohaterowie Elegii dla bidoków, ale i dla nich American dream nie jest już dostępny. Idą więc – jak J.D. Vance – nowym szlakiem, wskazanym przez drogowskaz MAGA. Ale to jest nie marzenie, lecz masterplan dla wybranych. Marzenie tylko wtedy jest wierne swej istocie, kiedy nie liczy się z rzeczywistością. Dlatego nie podlega realizacji, jak jaki biznesowy projekt. Ono ma pozostać w stadium niespełnienia, dramaturgia losu tego wymaga.
W Myszach i ludziach na George’a i Lenniego nie czeka wyśniona własna farma. W „Gronach gniewu” Kalifornia nie stanie się ziemią obiecaną dla zdesperowanych wędrowców. Arkadia nie istnieje, dla marzycieli Steinbeck jest bezlitosny. Nie on jeden. Szekspir każe Merkucjowi przekonywać Romea, że senne marzenia to dzieci bezczynnego umysłu; nie można im ufać, bo nic nie znaczą. Zaś zasiadającym do negocjacji dobrą radę daje Herbert. Przy stole należy siedzieć spokojnie i nie marzyć (…). Wszystko, co robi się przy stole, należy załatwiać chłodno i rzeczowo. Nie można zasiadać tu z rzeczami nie przemyślanymi do końca. Do marzeń dano nam inne przedmioty z drzewa: las, łóżko.
A ludzie precz marzą i marzą. Gdzie popadnie, mową, myślą, uczynkiem i zaniedbaniem. Od Platona i Morusa roją im się utopie, idealne państwa, wolne narody, harmonijne, solidarne społeczeństwa oraz szczęście zdobyte w nich na własność. I co z tego wychodzi? Point des rêveries, żadnych marzeń, panowie – mówi car Aleksander II do polskich wielmożów, a ci i tak kilka lat później robią powstanie, znowu nieudane. Settembrini w Czarodziejskiej Górze dywaguje o republice światowej, kiedy nad światem wisi dystopia Kominternu, już wtedy ziszczona w Rosji. Francja wciąż marzy o skompatybilizowaniu islamu z laickim państwem. Algieria wtrąca do lochu Boualema Sansala, autora neo-orwellowskiej powieści pod znamiennym tytułem 2084. Koniec świata.
Polityka marzeń nie trawi, za to chętnie żywi się wizjami rzekomo porywającymi tłumy. Jak – by ją znowu przywołać – zjednoczona Europa. Po swojemu scalali ją już rzymscy cesarze, Karol Wielki , Napoleon i Hitler, nie pytając scalanych o zdanie. Siłę zastąpiły dziś referenda, w razie potrzeby powtarzane do skutku. Bo przecież, jak uczył Martin Luther King, jeśli nie umiesz latać, biegnij. Jeśli nie umiesz biegać, idź. Jeśli nie umiesz chodzić, czołgaj się. Ale bez względu na wszystko – posuwaj się naprzód. Paulo Coelho, przewodnik po łatwych szlakach, ująłby to krócej: nie bój się marzeń.
Ano – nie bój, nie bój, ciebie też dopadną. I co z nimi zrobić? Z sugestią nie do odrzucenia śpieszy niezawodny Stanisław Jerzy Lec. Podrzuć własne marzenia wrogom, może się zabiją przy ich realizacji.