Bezradni wobec talibów, Amerykanie wycofali się spod Hindukuszu. Teraz Francuzi, tracący żołnierzy w walkach z dżihadystami, redukują siły w Sahelu. Bamako może podzielić los Kabulu, Mali to drugi Afganistan – słychać w komentarzach. Nie – mówią inne głosy – raczej druga Syria, bo kontrolę przejmują Rosjanie. Albo druga Libia, bo sytuacji nie będzie kontrolował już nikt. Żadna z tych prognoz nie jest trafna, chociaż wszystkie są zasadne. Historia, polityka i psychologia podsuwają to, co już doświadczone, by przewidzieć i dobrze rozegrać to, co nadejdzie. Jednak nawet obrona sycylijska ani atak Larsena nie byłyby skutecznie powtarzalne, gdyby geometria szachownicy nieustannie się zmieniała tak jak zmienia się świat. Nic dwa razy się nie zdarza, zauważała Szymborska zmieniając truizm w poezję.
A przecież zawsze istniały i wciąż się pojawiają projekcje dawnych miejsc, sytuacji i zdarzeń, nieraz wręcz jako projekty ich odtworzenia. Bywają mroczne, jak te przytoczone na wstępie, jak straszenie przez Putina drugą Srebrenicą w Donbasie. Częściej są podbudowane nadzieją na uratowanie, przywrócenie lub skopiowanie idealizowanego oryginału, nawet na jego ulepszenie. Władcy Franków i Germanów, potem Niemców i Francuzów byli przekonani, że wskrzeszają cesarstwo rzymskie. Drugim Rzymem miał być też Konstantynopol. Tak samo rodził się Nowy Świat ze swoimi nowymi miastami, których imiona przepłynęły ocean: Amsterdam, York, Orlean. Pączkowały geograficzne reinkarnacje: Szkocji, Kaledonii, Zelandii. Dzisiaj Boris Johnson obiecuje Brytyjczykom Nowe Jeruzalem, ojczyznę zbawioną od Unii Europejskiej. Wczoraj Polska miała się przepoczwarzyć w drugą Japonię; w Tokio odbyła się nawet ceremonia pasowania generała na szoguna.
Generalnie porównywanie się do innych jest zabiegiem ryzykownym. Po pierwsze, jak uczy “Desiderata”, grozi to przypływem rozgoryczenia lub próżności (“albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie”). Po drugie, w dziejowej skali takie porównania miewają walor ledwie sezonowy. Nie zawsze rżysko to przyszłe San Francisco, niekiedy bywa odwrotnie. Przykładem Liban, którego nikt już nie nazywa Szwajcarią Lewantu. A i o Warszawie jakoś nie słychać, by była Paryżem Północy.
Wszystkie te koncepty duplikacji łączy jedno: nigdy nie doprowadziły do stworzenia wiernej repliki modelu wyjściowego. Nic dwa razy się nie zdarza. Dlatego niektóre państwa – podkreślając ciągłość trwania, a zarazem odróżniając swoją nową, zmodernizowaną wersję od poprzedniej – przyjmują własną numerację porządkową. Jak kolejni królowie, imperatorzy i papieże noszący imiona poprzedników. Francja przerabia piąty wariant republiki, zastanawia się nad szóstym. Niemcy z konieczności odeszły od liczebników, chociaż historycznie rzecz biorąc powinny się nazywać IV. Rzeszą, zwłaszcza zjednoczone. Anglicy opatrują rzymską cyfrą imię monarchini, ale nie monarchii. W Ameryce poprawki do konstytucji i prezydenci są starannie ponumerowani; państwo numeracji nie podlega. Nasza Rzeczpospolita w zasadzie przestała być Trzecią, jednak po prawdzie nie stała się IV. RP, jakby utknęła w połowie drogi. Widać przepołowionym krajom nie przysługują pełne numery.