Po niespodziewanej śmierci Uładzimira Makieja rozpełzły się spodziewane podejrzenia i pogłoski. Że ministra otruto, bo stał Rosji ością w gardle i utrudniał połykanie Białorusi. Może i tak, choć szef dyplomacji był z niego żaden, bo i o żadnej białoruskiej dyplomacji nie ma już mowy. Sprawa pozostanie w sferze domysłów, trochę pożyje w internetach, po czym wyzionie ducha jak Tuan Tuan w klatce na Tajwanie. Słynny samiec pandy, prezent od Chin Ludowych z czasów zbliżenia, robił za gołąbka pokoju. Aż dyplomację pand zastąpiły podchody watahy. Ambasadorowie złej woli, wilczy wojownicy. Co potrafią, pokazali warcząc na zdumionych Amerykanów podczas pamiętnego spotkania na Alasce. Teraz na szczycie G20 ich samiec alfa odgryzał się premierowi Kanady. Tak żeby było widać, słychać i żeby zabolało. Jakby – inaczej niż u von Clausewitza – kontynuacją polityki nie musiała być koniecznie wojna, tylko dyplomacja prowadzona innymi metodami. Z nowych chińskich wzorów asertywności korzystał już nawet w desperacji ukraiński ambasador w Berlinie. Przyprawił gospodarzy o konfuzję i zgorszenie, powinien był przecież tylko słuchać oraz okazywać wdzięczność.
Chińczycy, którym czas płynie wolno, przez ostatnie dziesięciolecia zdążyli przerobić warianty rozmaite: dyplomację pingpongową z Amerykanami, pogrzebową z Sowietami, globalizacyjną z całym światem. Rosjanie ze swoim dyplomatactwem zostali daleko w tyle, po czym postawili na dyplomację kanonierek 2.0. W sztuce pertraktacji i poufnych rozmów (a w finale stawiania na swoim) prześcignęli ich Turcy, a nawet Katarczycy. To nieprawda, że ci pierwsi wszystko zdobywają szantażem i hucpą, a drudzy nic tylko sięgają do kasy bez dna. Kudy do nich Francuzom, niegdysiejszym mistrzom dyplomacji, którzy tracą wpływy nawet w Afryce, co wydawało się niemożliwe. Czy coś nowego może zdziałać unijna służba zagraniczna? Albo czy jeszcze coś zdziałać może dyplomacja watykańska? W sprawie Ukrainy raczej nie, podlega przecież Jego Powściągliwości Franciszkowi, jak pięknie nazwał papieża Jarosław Mikołajewski.
Zachodnia dyplomacja – w tym potężna siatka watykańskich legatów i nuncjuszy – zasadniczo ma za cel łagodzenie pojawiających się między państwami tarć i napięć. Czyli “frykcji i tensji”. Tak to tłumaczył pewien ambasador robiąc kalkę z angielskiego na polski, żeby tłumaczyć było wygodniej. W ogóle zachodnia dyplomacja jest po to, żeby było wygodniej. Dlatego często wygłasza apele “do obu stron konfliktu”, co tak irytuje Ukraińców. Status Biblii zachowuje wielka księga Henry’ego Kissingera. Powinna nosić tytuł “Paleodyplomacja”, w istocie afirmuje bowiem XIX-wieczny koncert mocarstw, sławi rolę wybitnej jednostki w Historii, osobliwie rolę autora. Inna sprawa, że i tak nikt mu współcześnie nie dorównuje. Spektakularnym osiągnięciem zachodniej dyplomacji stały się Porozumienia Abrahamowe. Czy wobec tego za nowego Richelieu, Metternicha lub choćby za drugiego Kissingera wypada uznać zięcia Donalda Trumpa, bo to on, Jared Kushner, te porozumienia firmował?
Zresztą sędziwy Kissinger nie powiedział ostatniego słowa. Swego czasu namawiał Nixona do odciągania Chin od Rosji, wtedy sowieckiej. Później nic nie wyszło z figury “odwróconego Nixona”. Ostatnio sugerował Ukrainie oddanie części terytorium Putinowi. Dawny szef amerykańskiej dyplomacji znalazł epigona w obecnym kanclerzu Niemiec. Nie że Scholz odwraca się od Ukrainy; on jej nie pokazuje pleców, tylko profil. Niski profil, jak mawiają Francuzi. Faire profil bas znaczy: nie wychylać się, siedzieć cicho. A jednak pojawia się figura “odwróconego Scholza”. Jeszcze Niemcy nie wyplątały się z sideł Rosji, a już kanclerz pakuje nogę w nowy potrzask ruszając na wyprzódki do Pekinu.
Władysław Bartoszewski szydził: dyplomatołki. Zamiast tak krzywdzić słowem, lepiej może mówić o zabrnięciu w dyplomatnię. W niej z tensjami i frykcjami można sobie radzić jeszcze nieźle. Z wojną już nie.