Zdjęcie chilijskiego piosenkarza i autora tekstów Víctora Jary występującego w Helsinkach podczas protestu przeciwko wojnie w Wietnamie fot. Wikipedia
8 sierpnia 2026

Elegia na śmierć barda

Autor: Grzegorz Dobiecki
Zamknij

Grzegorz Dobiecki

Dziennikarz, publicysta i komentator międzynarodowy. Przez 17 lat związany z Polsat News jako prowadzący programy „To był dzień na świecie”, „Tydzień na świecie” i „Dzień na świecie”. Wcześniej pracował m.in. w Radio France Internationale oraz w emigracyjnym piśmie „Kontakt”. Od 1991 roku był korespondentem z Paryża dla TVP i „Rzeczpospolitej”, współpracował także z RMF FM, a jego komentarze ukazywały się m.in. w „Polityce” i „Wprost”.

W „Raporcie o stanie świata” jest autorem cyklu felietonów „Świat z boku”, które zostały także wydane w formie książkowej: Świat z boku. Absurdy zagranicy (2022) oraz Międzynarodowiec, czyli paradoksy globalnego zaścianka (2024).

Kontakt: grzegorz.dobiecki@raportostanieswiata.pl

Fot: Tomek Sikora

W roku 1973 generał Augusto Pinochet ocalił przed komunizmem swój kraj, a może i cały kontynent. Dla dopełnienia tego zbożnego dzieła niezbędne okazało się zamordowanie kilku tysięcy Chilijczyków, między nimi rewolucyjnego barda Victora Jary. Najwyraźniej jego pieśni – zwłaszcza ta o pokoju, ku czci Ho Chi Minha – mogły udaremnić zbawienny zamach stanu. Dlatego Jara znalazł się wśród więźniów obozu koncentracyjnego, w jaki junta zamieniła centralny stadion Santiago de Chile. Tam też, po torturach, pieśniarz został zabity; jego podziurawione kulami ciało wyrzucono na ulicę.

Od ponad 20 lat stadion w Santiago – Miejsce Pamięci, Pomnik Narodowy – nosi imię Victora Jary. Ale jego kaci zostali osądzeni – i to tylko zaocznie – dopiero przed trzema laty. Na kary więzienia skazano siedmiu emerytowanych żołnierzy. W końcu lipca został zatrzymany ostatni z poszukiwanych, ex-pułkownik Nelson Mazzei, lat 80. Fundacja imienia Victora Jary z radością przyjęła informację o schwytaniu zbrodniarza, dodała jednak, że trudno postrzegać to jako wymierzenie sprawiedliwości w przeszło pół wieku po śmierci ofiary.

Victor Jara śpiewał, że życie jest wieczne w pięć minut. Niech więc Fundacja nie narzeka, bo w innych stronach świata – i w zaświatach – nie brak bardów, których taka pośpieszna uniwersalna wieczność omija.

Jedynie na pamięć ludu Oromo w Etiopii może liczyć Hachalu Hundessa, zastrzelony na ulicy w Addis Abebie. Jego pieśń „Jesteśmy tu” pomogła zmobilizować młodzież i w efekcie obalić rząd. Słowa Hundessy były godne Wolności wiodącej lud na barykady czy innego wieszcza. Nie czekajcie na czyjąś pomoc, bo to sen, co się nie spełni. Powstańcie, chwyćcie broni, chwyćcie koni, jesteście już blisko pałacu. Polityczny nurt muzyki afrykańskiej ma swoich sławnych przedstawicieli. Fela Kuti, twórca afrobeatu; Mama Africa, czyli Miriam Makeba; Johny Clegg, zwany „białym Zulusem” – by tylko o nich wspomnieć. O Hachalu Hundessie świat nie wspomina.

Syria, chociaż zapewne nie cała, pamięta o Ibrahimie al-Kaszouszu. Gdy i w jego kraju wybuchła arabska wiosna, Kaszousz, mianowany wkrótce „słowikiem rewolucji”, uzbroił rodaków w buntowniczą pieśń o Baszarze, który powinien odejść. Asad mu tego nie darował. Z rzeki wyłowiono ciało piosenkarza z poderżniętym gardłem i wyrwanymi strunami głosowymi. Według świadectw, a może tylko według prawdziwych zmyśleń, był to komunikat do innych artystów, by nie próbowali iść w ślady Ibrahima al-Kaszousza.

Afgański pieśniarz folkowy Fawad Andarabi, choć osamotniony w swej odwadze, śpiewał o zbrodniach i niegodziwościach talibów także po ich powrocie do władzy. Wywlekli go z domu, zastrzelili na podwórzu. Mimo wyrazów solidarności ze strony tzw. światowej opinii, mimo nagród na muzycznych festiwalach, nawet mimo uwielbienia ze strony milionów rodaków samotni wobec reżimu pozostają sławni muzycy irańscy: raper Toomaj Salehi czy Szerwin Hadżipur, twórca hymnu protestów Baraye. Ajatollahowie, tak hojnie skazujący na śmierć, im akurat darowują życie, tyle że wypełniają je więzieniem, represjami i szykanami. To ta sama metoda, którą władze ZSRR stosowały wobec Włodzimierza Wysockiego. Łamali go po kawałku, jak chleb – mówiła jego żona Marina Vlady. A najwybitniejszy antysowiecki bard, Aleksander Galicz, zgasł przed laty na paryskim wygnaniu, fizycznie odcięty od swojej publiczności.

Dzisiaj Galicz mógłby do niej docierać wieloma kanałami fonografii i cybernetyki. Tak właśnie, z konieczności, postępują emigrantki z państw muzułmańskich, w których indywidualny głos żeński nie ma prawa wypełnić przestrzeni publicznej odważnym śpiewem. Irańska piosenkarka Faravaz in absentia koncertuje dla swoich w ojczyźnie. Algierka Rimitti nawet zza grobu sprawia, że kobiety tańczą do jej utworów.

O Rimitti, „babci muzyki rai” wspomina Kamel Daoud w głośnej powieści „Huryska”. Ale swoją bohaterką czyni inną kobietę. Aube jako dziewczynka została straszliwie okaleczona przez fanatyków z GIA, Islamskich Grup Zbrojnych. Nazwie ich później bandziorami Boga i alfonsami rajskich dziewic. To oni – na zmianę z armią – w ostatnim dziesięcioleciu XX wieku wymordowali co najmniej 200 tysięcy osób. Zginęli wtedy między innymi romantyk nurtu rai Cheb Hasni i berberyjski bard Lounes Matoub. Życie wciąż nie staje się dla nich wieczne w pięć minut, jak dla Victora Jary, bo oficjalna Algieria nie chce pamiętać o „czarnej dekadzie”. Nie tylko w słynnej polsko-katalońskiej pieśni śpiewak znowu jest sam.

Zdarza się, że role bardów próbują odgrywać przywódcy państw. Nieraz śpiewają na własną nutę, nieraz tak jak im zagrają inni albo jak podpowie ostry cień mgły. Zjawisko nie jest rozpowszechnione – i dobrze, rzadko który polityk ma bowiem poetycko-muzyczny talent króla Dawida. Częściej trafiają się naśladowcy Nerona, gotowi na tle płonącego Rzymu melorecytować własny poemat o zdobyciu Troi.

Posłuchaj

Posłuchaj również

5 września 2026

Strach, straszak, straszydło

5 września 2026

Zmarł „Kat Srebrenicy”

29 sierpnia 2026

Rosiak w chmurach

-10
+10
00:00
/
00:00