Jak wyliczyli naukowcy z Uniwersytetu Stanforda, wystarczy 15 minut na łonie natury – ale regularnie, codziennie – żeby mieszczuch, homo urbanus, zachował odpowiednią higienę psychiczną. Można by więc wnosić, że pod tym względem wprost wybornie mają się osobnicy stale otoczeni pięknymi okolicznościami przyrody, zwłaszcza bogatym drzewostanem. Tacy homines silvestri, ludzie leśni, zamieszkują w szczególności Szwecję, kraj obficie iglasty, liściasty i mieszany. Tymczasem okazuje się, że z higieną szeroko pojmowaną u nich nietęgo.
Gdyby bowiem było inaczej, Szwedzkie Stowarzyszenie Turystyczne nie musiałoby przyznawać Brązowych Kart. Dokument ów – Bruna Kortet – można sobie wydrukować, a nawet przezornie zalaminować. Wystarczy zaliczyć online kurs poprawnego załatwiania w krzakach pilnych potrzeb fizjologicznych, krócej: załatwiania się. Licencję przyrodniczego higienisty zdobyło dotąd ponad 50 tysięcy Szwedów; pozostałych 10 mln 450 tys. obywateli zaraz do nich dołączy. Kiełkuje przecież obawa, że z Brązową Kartą może być tak samo, jak z innym słynnym patentem: z błękitną Kartą Narodów Zjednoczonych, zalaminowaną już na amen. Wszystkie państwa uznają jej poprawnościowe reguły, a i tak załatwiają swoje potrzeby jak im wygodniej, zamieniając świat w wielki naturalny sanitariat.
Na mniejszą skalę to samo zrobili dwaj mężczyźni, którzy sierpniową nocą uznali koczowisko bezdomnych przed ratuszem Paryża za rozległy pisuar. Nie na tyle jednak rozległy i mroczny, żeby swoimi strumieniami nie zdołali trafić w ciemne twarze śpiących tam osób. Dzięki świadkom sprawa urynistów jest już w sądzie. Obaj przyjęli sanitarną linię obrony, wedle której Francja, ze stolicą na czele, winna być sterylnie czysta. A czym najlepiej usuwać brudne zacieki i osady? Wiadomo: silnym strumieniem. Nic nowego, podobne rady dawał już prezydent Sarkozy. Ostatnio Paryż zastosował się do nich przed Igrzyskami Olimpijskimi. Władze miasta zlikwidowały ponad 250 obozowisk i squatów, wydaliły 20 tys. osób potraktowanych jak socjalne nieczystości. Deratyzację odpuściły: 4 mln szczurów to za silny przeciwnik.
Maroko, współgospodarz Mundialu 2030, ma więcej ambicji. Zabiera się za 3 mln bezpańskich psów, bo – faktycznie – zapchlone, owrzodzone mnożą się, gryzą i roznoszą wściekliznę. Akcja dekanizacji, czyli odpsiania miałaby przebiegać według wzorca: schwytać – wysterylizować – zaszczepić – zakolczykować – wypuścić w miejscu schwytania. Władze oburzają się na pomówienia o zamiar wybicia wszystkich tych zwierząt. Z wielu świadectw wyłania się jednak inny modus operandi hycli: strzał albo strychnina, przed którymi nie chroni nawet widoczny dowód szczepienia, tzw. lyssetka. Górę biorą względy pośpiesznej ekonomii sanitarnej oraz estetyki. Maskotką Mundialu w Maroku nie będzie przecież kundel pokryty liszajem.
Pleśnią pokryte były biszkopty w hiszpańskich zrzutach dla Strefy Gazy. Zielonkawy nalot widać na zdjęciach krążących w Sieci. Madryt kategorycznie zaprzecza, by wysyłał Palestyńczykom nadpsutą żywność. Jakby skłaniał się ku sugestii, że pleśniowy fake news może być zemstą „określonych sił” za uznanie palestyńskiej państwowości. Hiszpanami powodują emocje, Amerykanie pozostają racjonalni. Tak też traktują racje żywnościowe, które się przeterminowały. Są nieprzydatne do spożycia, więc strawią je płomienie. W Dubaju poszło w ogień 500 ton amerykańskich prowiantów przeznaczonych dla niedożywionych dzieci w Pakistanie i Afganistanie. Przeterminowały się, bo przestała działać agencja pomocowa USAID. A przestała działać, bo była ideologicznie niehigieniczna.
Z kolei higiena polityczna wymaga, aby co jakiś czas zmieniały się ekipy rządzące krajem. Francuzi nazywają to l’alternance. Dłuższy urlop od władzy sprzyja oczyszczeniu się z rozmaitych paskudztw, jakie lubią przyklejać się do rządzących. Wymiana staje się wręcz koniecznością, kiedy one odkleić się nie chcą. Do higienicznej reguły zastosował się ostatnio premier Litwy i ustąpił z urzędu. Premier Hiszpanii jakoś nie potrafi, chociaż wokół niego od afer aż cuchnie.
W Stanach Zjednoczonych naczelnym higienistą politycznym jest obecnie prezydent. To on sprawdza, czy aby podwładni nie mają czegoś za uszami, czy ich lojalność jest czysta, czy pod paznokciami nie zebrał się brud krytyki. Przywódca supermocarstwa angażuje w tę aktywność niemało własnych sił oraz kończyn. Shake hand rezerwuje dla faworytów, którzy klaskaniem mają obrzękłe prawice. Nie dość spolegliwym wymierza kopniaki. Nic dziwnego, że dłonie mu puchną i sinieją stopy. A przez to i stan amerykańskiej klasy politycznej przypomina pobojowisko: ręka, noga, Musk na ścianie.