Od razu staż kandydacki by chcieli, albo i datę konkretną przyjęcia… Zaraz, zaraz, to tak nie działa, petent nie jest od ponaglania urzędu, wojna nie wojna. Była pani Oberkomisarz? Była. A tym razem nie przywiozła breloczków i wpinek z gwiazdkami, tylko to, co w UE najważniejsze: formularz. FOR-MU-LARZ. Wypełnić czytelnie drukowanymi, złożyć w okienku między 8.00 a 16.00, w piątki do 12.00. Proszę nie dzwonić, my się odezwiemy.
I co – nie minęło parę tygodni, a już jest odpowiedź; Europa nie rzuca słów na wiatr Historii. Odpowiedział z Paryża sam superprezydent. Utwórzmy Europejską Wspólnotę Polityczną. Taką zbiorową salę odlotów ku lepszej przyszłości. Kto się zabierze w rejs, to się zobaczy później. Za to w poczekalni EWP krzesełek wystarczy dla wszystkich, Ukraińcy mogą przycupnąć koło Serbów. Ale fotele w saloniku będą tylko dla VIPów z Unii, najlepiej tej starej. Inaczej się nie da, tłumaczy republikański monarcha. Szybkiej ścieżki dla Kijowa nie będzie, wyboista droga zajmie dekady. Tak nakazuje Procedura, zimna księżna na zamku Unii. I jej straszny braciszek, książę Formularz.
Więc Ukraina zostaje w podzamczu, na podwalu, w podegrodziu. Niby na powrót się zaludnia, a zaraz znowu kryje się w podziemiu. Tam się wszystko zmieści. Arsenały i szpitale, konferencje prasowe prezydenta, piosenka małej Amelii i występ Bono, wspólny sen w korytarzach metra, samotna walka w ruinach Azowstalu, ofiary z Buczy i Borodianki. Wszystko pokazują kamery i kamerki, Kusturica nie musi kręcić nowego “Underground”. Zresztą akurat on, zainfekowany raszyzmem, niech się za to nie bierze.
Dowódca brygady piechoty morskiej z Mariupola pisze na Facebooku: “wygląda na to, że trafiłem do jakiegoś piekielnego reality show, gdzie my walczymy o życie, a cały świat ogląda tę ciekawą sztukę”. Granica między realem a fikcją, między jawą a majakiem nieraz się zaciera. Rosyjskie śmigłowce odlatują do bazy dźwigając na linach trofiejne lodówki i pralki. To mem czy reportaż z frontu? Zobaczyć Neapol i umrzeć, tak się wyrażało zachwyt nad pięknem. Teraz – mówi Zełenski – ruski żołnierz, zanim tu umrze, ujrzy w zachwycie sedes, którego u siebie nie widział nigdy. Orki rabują co się da, zapasy zboża i złoto Scytów. W zamian przywracają pion obalonym leninom. Swoimi bukwami profanują nazwy ukraińskich miast. Bomby i rakiety zamieniają w pisanki z radosną nowiną, że “Christos woskresie”, która brzmi jak tamto zapewnienie, że “Gott mit uns”. Ruski korabl zatopiony, tanki rozbite, Duch z Kijowa poległ, ale dalej strąca samoloty, bojcy nie chcą się bić, giną generałowie, wstążki świętego Jerzego poszarpane… A przecież jest coś, co w tej armii działa sprawnie. Jej najważniejsze maszyny wojenne: mobilne krematoria.
Zachodnia stacja telewizyjna pokazuje reportaż o stand-uperze z Kijowa. Kpiarz cieszy się, że zmalała mu konkurencja, odkąd sługa narodu zajął się inną robotą. Komentarz: Ukraińcy potrafią się śmiać nawet pod bombami. Słuszny komentarz, słuszny reportaż, dosyć dosmucania. Można wystawić na aukcję polar Zełenskiego albo do zwycięstwa w konkursie Eurowizji wystawić ukraińską grupę. Ukraine twelve points, Ukraine douze points. Proszę dzwonić, to tak właśnie działa.