Prezydent siedzi w Budzie, przed wiatrem przemian się chroni. Tamás Sulyok dalej pilnuje żyrandola w Pałacu Sándora; to nic, że żarówki poprzepalane. Ostatni obrońca reduty Orbana nie zamierza jej oddać zwycięskim magyarystom. I co mu zrobić?
Proste: tak poprawić konstytucję, żeby usunąć Sulyoka lege artis i powołać nowego, odpowiedniego prezydenta w trybie pilnym. Czyli, po prawdzie, bez żadnego trybu. Viktor Orbán mówi o śmierci demokracji na Węgrzech, ale jego gorzkie żale nikogo nie wzruszą. Więcej do myślenia mogłaby dać uwaga generała Henrika, bohatera powieści Sándora Márai’a. W każdej ludzkiej władzy jest odrobina subtelnej i ledwie wyczuwalnej pogardy dla tych, nad którymi panujemy.
Wyrazem owej subtelnej pogardy staje się pośpieszne legalizowanie procesu lub aktu pozbywania się prezydenta. Czy on władca czy figurant, jego rugowanie z najwyższego urzędu – brutalne tak samo jak łagodne, w huku wystrzałów czy w białych rękawiczkach, per fas et nefas – będzie przedstawione ludowi jako działanie uprawnione. Błyskawiczne odezwy, dekrety, ustawy, w razie potrzeby również wyroki znajdą umocowanie w prawie, nawet jeśli to prawo jest na gwałt tworzone. Bo stare było bezprawiem, dobre jest dopiero to nowe. Następni postąpią tak samo. Da capo al fine.
W państwach faktycznie lub choćby formalnie praworządnych najpewniejszym sposobem pozbycia się urzędującego prezydenta będzie wystawienie go na sprawdzian reelekcji, któremu nie podoła. Zabieg wymaga jednak starannego przygotowania oraz cierpliwości w oczekiwaniu na koniec kadencji, szefowie państwa rzadko bowiem czują się zmuszeni do przyspieszania wyborów pod presją opozycji albo ulicy. Emmanuel Macron ignorował podobne żądania, w jego drugim pięcioleciu akurat niebezpodstawne. Inni uciekają się do ustrojowych sztuczek: wzorem Putina rezerwują dla siebie przejściowo stanowisko premiera – jak Aleksandar Vučić w Serbii albo zerują licznik swoich kadencji, w istocie znosząc ich limit, by zapewniać sobie kolejne i kolejne – jak w Kazachstanie Kasym-Żomart Tokajew.
W Kirgistanie o przedterminowym zakończeniu kadencji prezydenta może zdecydować referendum. Tyle tylko, że nowa ustawa wyłączne prawo do ogłaszania referendów zastrzega dla prezydenta, obecnie Sadyra Żaparowa. Do cna skorumpowanego Jacoba Zumę odspawała od najwyższego urzędu dopiero jego własna partia; sądy ani parlament RPA nie były w stanie tego zrobić. W seryjnych impeachmentach wyspecjalizował się natomiast parlament peruwiański. W ciągu dziesięciu lat Peru miało dziewięciu prezydentów; pięciu z nich skończyło karierę w więzieniu. Ze straszaka impeachmentu Demokraci mierzyli do Trumpa, Republikanie do Bidena. Nie przeląkł się ani jeden, ani drugi, a do skutecznej broni prawnej brakowało nabojów. W Korei Południowej było ich aż nadto dla usunięcia i skazania na dożywocie Jun Suk Jeola za wprowadzenie stanu wojennego i kierowanie zamachem stanu.
Właśnie: zamach stanu. Pojęcie bywa nadużywane, często idzie bowiem o rewolucję pałacową, koszarowy rokosz czy gwałtowną roszadę personalną. W każdym razie nie o wydarzenie dużej skali i wagi, takie jak przed dekadą w Turcji, a przed pięcioma w Chile. Ani nie o efekt zerwania przez prezydenta umowy społecznej, co – jak chciał John Locke – dawałoby ludowi ius resistendi, prawo do oporu. Ostatnich przykładów, dość banalnych, dostarcza Afryka Subsaharyjska. Prezydent Gwinei Bissau przekazuje mediom rzeczowy komunikat: właśnie zostałem obalony. Przewroty w Gabonie, Nigrze i Burkina Faso przypominają ekstrakcję zepsutego zęba. Spróchniała górna ósemka to prezydent Damiba. Ekstrahuje kapitan Traoré – i cały organizm odczuwa ulgę, a wkrótce odczuje szczęście i dobrobyt. Podzieli się nimi z rosyjskim Afrika Korps.
W Wenezueli zepsuty ząb wyrwali amerykańscy komandosi z Delta Force. Uprowadzenie Nicolasa Maduro i następstwa tego czynu nie miały jednak nic wspólnego z zamachem stanu ani – to jeszcze mniej – z prawem Wenezuelczyków do oporu. Tu nie ma miejsca na niedopowiedzenia ani teorie spiskowe, jakie pojawiłyby się nieuchronnie, gdyby Maduro zginął. Zwykle bowiem tragiczna śmierć prezydenta państwa – w zamachu, w katastrofie, w nieszczęśliwym wypadku – dzieli jego rodaków na tych, którzy wiedzą, co się stało oraz tych przekonanych, że wiedzą lepiej.