Gdzie tylko spojrzeć – wybory. Zmówili się wszyscy, czy co? W świecie trwa wielki sezon lęgowy: partyjni kandydaci wiją sobie w urnach gniazda z głosów obywateli. Ciekawe, ile tam kukułczych jaj i co się z tego wszystkiego wykluje. Na przebieg i efekty inkubacji wyborcy już nie mają wpływu. Elektorat zrobił swoje, elektorat mógłby odejść. Ale coraz częściej nie odchodzi, jakby jednak chciał sprawdzić, czy jego zbiorowy komunikat do czegoś polityków nakłania. Czy do nich przemówił.
Łatwiej odczytywać sygnały poprzedzające wybory. W tegorocznej kampanii było nudno, agresywnie, obscenicznie i tradycyjnie fałszywie, z tymi samymi mesjanistycznymi rolami i obietnicami, jakie słyszymy od dziesięcioleci. Tak redakcja Deutsche Welle oceniła kuszenie wyborców akurat w Macedonii Północnej, recenzja ma jednak walor uniwersalny. A przecież ludzie głosują. Opowiadają się za kimś lub przeciw komuś, wszystko jedno – byle tylko nabili frekwencję. Jeżeli zaś zagłosują nogami lub środkowym palcem, będzie to oznaczało, że wobec nich kampania okazała się przeciwskuteczna.
Miarą komunikatywności jest bowiem efektywność recepcji przekazu. Odbiorca nie musi rozumieć kontekstu ani podtekstu, motywów ani niuansów; może zresztą wcale tego rozkminiać nie chce. Ma się tylko do sygnału zastosować. W opowiadaniu pod tytułem – właśnie – „Komunikatywność” przystępnie wytłumaczył to swego czasu Alberto Moravia, skądinąd nieświadomy, że opisuje przyszłe portale randkowe. Carlo, młodzieniec o bogatym wnętrzu, usiłuje zapoznać z nim powabną Bellę, ta jednak reaguje chłodem. Ciepłe uczucie budzi w niej dopiero parlando di niente, komunały i proste informacje wymieniane w formie dialogu. Być komunikatywnym to niekoniecznie znaczy, że ma się coś do powiedzenia – wyjaśnia Bella.
Istotnie, dżihadysta wykrzykujący tylko dwa słowa – Allah akbar! – jest zabójczo komunikatywny. Na Kubie bicie w kościelne dzwony podczas przerw w dostawach prądu władze słyszą jako odgłosy antykomunistyczne. Z kolei każda dyktatura wydaje komunikaty, które winne być odbierane jak komunikanty. Przyjąć, zamknąć usta, spuścić głowę, milczeć. Mąż stanu plótł / aż usnął lud / w tej mowy wodotrysku – śpiewano u Starszych Panów o polityku niekomunikatywnym. Już bardziej wymowna, choć z natury rzeczy niema, jest ryba wysyłana przez mafię do przyszłego denata. Premier Denys Szmyhal twierdzi, że naloty ukraińskich dronów na rosyjskie rafinerie to forma komunikacji bezpośredniej z Rosjanami, uświadamiająca im cenę, jaką muszą zapłacić za inwazję. Korespondencja między obu państwami koreańskimi jest przesyłana pocztą balonową zgodnie z ontologią oraz zasobami każdej strony. Z Południa lecą ulotki z wolnym słowem, Północ wysyła śmiecie i ekskrementy.
Dawno minęły czasy, kiedy ważne informacje trafiały do publicznego odbiorcy wyłącznie za pośrednictwem królewskich heroldów, dziadów lirników, obwieszczeń na murach, głośników na słupach czy nawet tak zwanych mass mediów. Dzisiaj wszystko (i wszystkich) da się załatwić w Sieci. Przetrwały niemniej pewne archaiczne upodobania, jak zwłaszcza ogłaszanie petycji i listów otwartych. W obronie puszczyka plamistego lub w proteście przeciwko syjonistom na uniwersytetach. Że jest to nieskuteczna forma przekazu, dowiódł już Wieniedikt Jerofiejew. W trakcie swojej pijanej podróży na trasie Moskwa-Pietuszki przystał na krótko do rewolucji, która akurat – również nie na długo – wybuchła nieopodal wiejskiego sklepu. Ruszanie z posad bryły świata rewolucjoniści zaczęli od wysłania manifestów z pogróżkami lub wyrazami sympatii do władz wielu państw. Na przykład Norwegii wypowiedzieli wojnę, a Władysławowi Gomułce oferowali polski korytarz. Żadna reakcja nie nastąpiła, żadna odpowiedź nie nadeszła.
Ale jeszcze gorsza jest sytuacja, w której niepokonywalna bariera językowa wyklucza komunikatywność. Najcelniej opisał to Kurt Vonnegut. Wysłannik z odległej planety Margo przyleciał na Ziemię nauczyć ludzi, jak leczyć raka i zapobiegać wojnom. Lądując dostrzegł, że pali się jeden z domów. Wbiegł więc do środka, by ostrzec przed niebezpieczeństwem. Zrobił to tak, jak potrafił – tak, jak porozumiewają się mieszkańcy Margo: pierdząc i stepując. Gospodarz zatłukł go kijem do golfa.
Krytycy powtarzają, że Vonnegut pisał o „tragicznej niemożności porozumienia”. Zgoda, ale to nie jest odkrywcza uwaga. Bo tę niemożność ma za główny motyw cała światowa literatura, cała historia powszechna. Niekomunikatywność wciąż przekreśla plany pokojowe, przewraca stoły negocjacji, dekomponuje społeczeństwa i psuje nasze rodzinne obiady.