Odnaleziony po sześciu dniach poszukiwań Hillary Dawa Sherpa był w nienajgorszej formie, a już uznawano go za zmarłego. Doświadczony nepalski przewodnik zabłądził w górnych partiach Mount Everestu, co może się przydarzyć nawet urodzonym himalaistom. Nie wiadomo natomiast, gdzie się podziali szerpowie amerykańskiej dyplomacji, przecierający szlaki wiodące na międzynarodowe szczyty, do zawierania umów i rozwiązywania konfliktów.
Zaginęli bez wieści, ale Donald Trump nie wszczyna poszukiwań. Zawodowcy z tej branży nie są mu potrzebni. Prezydent sam wie i umie lepiej, stawia więc na przyuczonych amatorów, takich jak w gruncie rzeczy on sam. W co ważniejszych sprawach kieruje do akcji specjalnych wysłanników. Zwykle jest to nierozłączny duet: zięć Jared Kushner i kolega od deweloperki Steve Witkoff. W tym czasie Marco Rubio pilnuje żyrandola w departamencie stanu (podgorączkowego). Widać akceptuje taką rolę.
Dymisję złożyła Julie Davis, kolejna zawodowa dyplomatka rezygnująca z kierowania amerykańską ambasadą w Kijowie. Stany Zjednoczone nie mają ambasadorów także w Moskwie i Berlinie. Magazyn „Atlantic” oblicza, że na całym rozchybotanym świecie ponad 100 stanowisk ambasadorów USA pozostaje nieobsadzonych. Po odwołaniu kilkudziesięciu profesjonalistów Waszyngton promuje dyplomację dyletantów. Liczni znajomi i krewni prezydenta w uznaniu ich zasług, usług i przysług są nagradzani zagranicznymi placówkami. Każdy systemowy przewrót wymaga bowiem wymiany kadr, zwłaszcza w newralgicznych dziedzinach. Jak w „Henryku VI” Szekspira, gdzie rzeźnik Dick radzi, by na początek pozabijać wszystkich prawników.
Trump pacyfikuje dyplomację bezkrwawo: zawsze wolał liczyć pieniądze niż ścięte głowy. W konsekwencji do amerykańskiego korpusu ambasadorów – tak jak do pieniądza – stosuje się prawo Kopernika-Greshama. Dlatego w Paryżu urzęduje Charles Kushner, ojciec Jareda, wyznający, że jego główne źródło informacji to ChatGPT. W Brukseli jest Bill White, hojny donator z kampanii wyborczych. W Warszawie – Thomas Rose, dziennikarz i komentator. W Luksemburgu – bizneswoman Stacey Feinberg. Ambasadą w Atenach kieruje Kimberly Guilfoyle, była dziewczyna Donalda Trumpa Juniora. Dyplomaci świeżej daty zdążyli już zasłynąć zdumiewającymi ingerencjami w wewnętrzną politykę państw, w których rezydują. Strofowaniem, pouczeniami, oskarżeniami. Ignorowaniem konwencji i konwenansów służby zagranicznej. Niekompetencją, której nie zastąpi dewiza America First!
Ignorancja jest odważna, wiedza powściągliwa – pisał Tukidydes w „Wojnie peloponeskiej”. Już on chwalił, choć tak jej nie nazywał, Realpolitik: wykorzystywanie przewagi nad słabszymi bez moralnych skrupułów. Po wiekach Tukidydes znalazł wiernego ucznia w Henrym Kissingerze, który w relacjach międzynarodowych dawał jednak prymat dyplomacji. Uważał ją za umiejętność powstrzymywania siły i – jak to określał – za sztukę ograniczania konieczności. Według niego zadaniem przywódcy powinno być doprowadzenie swoich ludzi z miejsca, w którym są, do miejsca, gdzie ich nie było. Otóż z Trumpem jest na odwrót. Z pozycji globalnej, jaką powinien umacniać, chce zawrócić Amerykę do stadium izolacji. Byłby to sposób na uniknięcie słynnej pułapki Tukidydesa, w tym wypadku otwartego konfliktu z chińskim challengerem? Nic mniej pewnego. Xi Jinping lepiej rozgrywa tę partię; Pekin już stał się Mekką światowej dyplomacji, dokąd pielgrzymuje i sam prezydent USA. Chińczyk spokojnie planuje, Amerykanin nieporadnie improwizuje, co wyraźnie widać w wojnie z Iranem.
Trump zdradza dyplomację – mówi otoczenie Modżtaby Chameneiego. Ze strony wroga taki zarzut waży niewiele. Gorzej, że podziela go niemało sprzymierzeńców Ameryki, niepewnych wyborów, jakich może dokonać jej przywódca, niepewnych jego rozeznania w świecie. Apetyt na Kanadę i Grenlandię, może też Islandię, czemu nie Kubę i Wyspy Chagos. Zatoka Amerykańska, Riviera w Strefie Gazy. Albania czy Armenia, Oman czy Iran – żadna różnica. Jakby mapa świata była do skorygowania. W dramacie Mrożka „Ambasador” pojawia się czysty globus, tabula rasa bez żadnych lądów. Złowrogi Pełnomocnik tłumaczy, że kontynenty są dopiero „w opracowaniu”, gdyż politycznie nie są jeszcze takie jak trzeba.
W chwilach wolnych od zajęć biznesowych swoje geopolityczne wzory szkicują na globusie Jared Kushner i Steve Witkoff. Oni z kolei przypominają dwie postaci z Gałczyńskiego, z desek teatrzyku „Zielona Gęś”. Się polecamy, Rączka i Adamus – zachwalali własne usługi spece od tworzenia iluzji, chaosu i absurdu. Całkiem jak Kushner i Witkoff na światowej scenie. Kushner i Witkoff, Witkoff i Kushner, zawsze razem, niczym jeden dwugłowy dyletant: Kushkoff. Wieść niesie, że wkrótce dyplomacja miałaby doprowadzić do przełomu w wojnie Rosji z Ukrainą. Czyli Kushkoff będzie miał pełne ręce roboty, wszystkie cztery.