Najważniejsze jest rozpoznanie. Do zawodów triathlonowych w Jaroinen zgłosił się tajemniczy sportowiec podpisany inicjałami A.S. Wierzył, że popłynie, popedałuje i pobiegnie incognito. Gdzie tam. Na starcie został natychmiast zdemaskowany jako Alexander Stubb, prezydent Finlandii. Najwyraźniej nie rozpoznał go jedynie zwycięzca zawodów, niejaki Arto Wallina. Nie osłabł w porę, jak cała reszta – i szef państwa mógł zająć dopiero drugie miejsce.
Niemniej prezydent Stubb pozostaje uznanym triathlonistą. Fiński Ironman być może swojej żelaznej kondycji zawdzięcza polityczne awanse. Co prawda na starcie wyborów prezydenckich większość rodaków nie rozpoznała w nim odpowiedniego kandydata, ale na finiszu już owszem. Stubb jest wszak prezydentem idealnym. Jak dawni wodzowie łączy przymioty ducha z tężyzną fizyczną: mens sana in corpore sano. Model przywódcy-wyczynowca ma bogatą przeszłość, zapewnioną przyszłość i bujną teraźniejszość.
Nietrudno zauważyć (niczego głowie Finlandii nie ujmując), że łatwiej przekonać do siebie demonstracją siły niż popisem zdolności kognitywnych. Te drugie nie każdy umie rozpoznać, nie mówiąc o docenieniu. Swego czasu pojął to Gari Kasparow i wycofał się z wyborów prezydenckich w Rosji. On również szczycił się wybitnymi osiągnięciami sportowymi, tyle że w niewłaściwej dyscyplinie. Kasparow po mistrzowsku haratał w szachy, a lepsze byłyby judo, boks, hokej lub ostatecznie gała.
Przewidywanie ruchów na politycznej szachownicy to strata czasu. Chyba nawet Chińczykom zaczyna się nudzić długie osaczanie przeciwnika na planszy go. Lepiej go powalić takim ciosem, chwytem lub faulem, po którym żadnych ruchów nie będzie już w stanie ani wykonać, ani nawet zaplanować. Całkiem sensowne wydaje się zatem kandydowanie Conora McGregora w wyborach prezydenckich w Irlandii. Były champion MMA ma sławę, pieniądze i poparcie Trumpa. Z poparciem Poroszenki w Kijowie poszedł za ciosem Witalij Kliczko. Bojko Borisow, z wykształcenia ochroniarz przeciwpożarowy, zdobywał władzę w Bułgarii metodami karateki. W Ugandzie Idi Amin Dada najpierw został mistrzem wagi ciężkiej, następnie znokautował swego promotora i z ringu przeniósł się do pałacu prezydenckiego. Polityczny challenger, a nawet sparringpartner, spotkania z Aminem z reguły nie przeżywał.
Narody chcą mieć wielkich sportowców za idoli, nawet za opiekunów i przewodników. Niekoniecznie zaraz takich, co biją innych. Wystarczy, że biją rekordy, a tych innych potrafią wyprzedzić. Przelecieć, jak Adam Małysz. Błyskotliwie przedryblować, jak Zinedine Zidane. Kiedy lud skanduje w euforii „ Zizou président!”, „Małysz na prezydenta!” wierzy, że rozpoznaje w nich zalety, których nie dostrzega u polityków. Że sportowcy wygrywają talentem i harówą, a nie sondażami i socjotechniką; na oczach wszystkich, a nie w kuluarach i gabinetach. Że są jak ci biegacze z „Rydwanów ognia”, szlachetnie zawzięci, uczciwi w walce.
Bardzo możliwe, że taki był, nie tylko na boisku, George Weah, bodaj najlepszy piłkarz w historii afrykańskiego futbolu. Dlatego został prezydentem Liberii. I dlatego w politycznych rozgrywkach na szczycie sobie nie poradził. Na drugą kadencję już go nie wybrano. A filipiński arcybokser Manny Pacquiao od godności senatora zdobytej w wyborach woli chyba mistrzowskie pasy zdobywane w walce. Chociaż już w latach, Pacman znowu wraca na ring.
Za to w fotelu prezydenta Gruzji, po wykopaniu pani Zurabiszwili, mości się wygodnie pan Kawelaszwili, były piłkarz. W reprezentacji kraju grał 46 razy, zdobył 9 bramek. W parlamencie miał lepszy wynik: 224 głosy na 300 możliwych. Opozycja nie głosowała, i tak już zresztą wyrzucona na aut, zmyta z politycznej sceny falą represji. Kawelaszwili z tą falą się utożsamia, sam zasila nurt. Źle zrozumiał radę Bruce’a Lee: be water.
Wykorzystanie czyjejś sportowej sławy dla politycznych celów, nic nowego. Rządzący takich okazji nie przegapiają. Ich prawo, przecież przyznają nagrody i renty zdobywcom medali i mistrzowskich tytułów. Pamiętaj, nie walczysz tylko dla siebie – usłyszy zawodnik. Bo jest sponsor, klub, ojczyzna. W powieści Alaina Sillitoe „Samotność długodystansowca” Colin, chłopak z poprawczaka, tuż przed metą morderczego biegu właściwie rozpoznaje swoją sytuację. I rezygnuje ze zwycięstwa, ono bowiem zostałoby zawłaszczone przez dyrekcję zakładu. Jeszcze prostsza – bo zdrowotna – była demotywacja Winstona Churchilla. Za młodu co prawda grywał w polo, kiedy jednak dojrzał, uznał, że zachowaniu dobrej kondycji przez długie lata sprzyjają cygara i whisky, natomiast sport, i to w każdej postaci, zdecydowanie zdrowiu szkodzi.