Umarł wielki malarz David Hockney. Ale nie całkiem przecież odszedł: non omnis moriar… Malarstwo nie umrze nigdy, bo nic nie wyraża lepiej tego, co odczuwamy przyglądając się światu – powtarzał Hockney. On nawet prozaicznym motywom, nawet ulotnym chwilom przypatrywał się z uwagą i jasnym umysłem. Malował prawdę – napisał The Guardian.
Miejsce w panteonie najwybitniejszych współczesnych artystów miał zarezerwowane od dawna, ale umocniła je jeszcze ubiegłoroczna wystawa w Paryżu. 87-letni Hockney zdążył się nią nacieszyć. Ponad 900 tysięcy zwiedzających obejrzało jego prace zebrane w domu Fundacji Louis Vuitton, który sam w sobie jest dziełem sztuki. Takiej publiczności nie miał we Francji za życia żaden inny malarz. A Hockney w dodatku był Anglikiem.
Imponująca retrospektywa wiodła od pop-artu, przez portrety bliskich i rozległe pejzaże do fantastycznych scenografii operowych; przez eksperymenty z wszelkimi nośnikami obrazu aż do miniatur z Normandii malowanych na IPadzie. Najbardziej tłoczny był jednak przystanek przed płótnem podziwianym obowiązkowo, gdyż powielanym przez katalogi, albumy i encyklopedie jako dzieło dla twórczości Hockney’a ikoniczne.
Obraz „A Bigger Splash”, 1967, kalifornijski okres nazwany Pool Paintings. Pod błękitnym niebem fasada modernistycznego domu, za nim dwie smukłe palmy, przed domem basen, do którego ktoś przed chwilą wskoczył. Tego kogoś już nie widać, ale jest efemeryczny dowód skoku, ślad, który zaraz zniknie: unoszące się w powietrzu rozbryzgi wody, jasne strugi wyrwane z ciemnej toni, woda zawieszona nad sobą samą.
Ile to mogło trwać, zanim tafla zamknęła się ponownie, nieco tylko sfalowana? Jak działa stop-klatka w oku malarza? Czy uruchamia ją wyobraźnia, czy pamięć? Właśnie: pamięć. Krytycy sztuki analizują kompozycję obrazu, mistrzostwo w operowaniu światłem, wysycenie kolorów pod słońcem Kalifornii. A kronikarz zastanawia się, co to była za chwila. Gdzie ją usytuować w kalendarzu, z kim powiązać, o czym ona ma przypomnieć, co – jak upominał się poeta – ocalić od zapomnienia?
Pamięć – niematerialne archiwum wybranych informacji o tym, co było – można porządkować i wspomagać rozmaitymi mnemotechnikami. Wszelkie ćwiczenia umysłowe, na przykład rymowanki ułatwiające wbicie do głowy wzorów albo dat, mają charakter wewnętrzny. Metody zewnętrzne to choćby supełek zawiązany na chustce, karteczki przyklejane na lodówce lub, czemu nie, kojarzenie dzieła sztuki z jakimś przeżyciem czy doznaniem.
Artystom w desperacji, i nie tylko im, zdarza się sięgać po mnemotechniki straceńcze. Po tzw. wydarzeniach z Ursusa i Radomia w 1976 roku Jonasz Kofta napisał „Poemat szary”. Zawarł w nim takie wyznanie: Już się nie zrośnie noc na pół przecięta / Tak ogromnieje co ogromne / Niektórzy piją, by zapomnieć / Ja piję, żeby zapamiętać.
To o pamięci własnej. A którędy przedostać się do cudzej, najlepiej zbiorowej? Do świadomości następnych i następnych pokoleń. Wszak nie każdy ma szansę okryć się nieśmiertelną sławą, jak Achilles i Hektor pod Troją i jak Homer, który to opisał. Lepiej nie mieć złudzeń. Po mojej śmierci nie będę siebie wspominał, co dopiero inni – głosi nieuczesana myśl Stanisława Jerzego Leca. Nie, nie – tak łatwo nie można się poddawać. Zwłaszcza gdy ma się odpowiednie środki oddziaływania na zbiorową pamięć. Wtedy wystarczy wznieść piramidy, łuki triumfalne i pomniki ku własnej chwale, nadać gmachom, ulicom i lotniskom swoje imię, sfinansować program kosmiczny lub powołać do życia fundację.
W Chicago z wielką pompą właśnie odbyła się inauguracja Barack Obama Presidential Center. Nawet media sprzyjające byłemu prezydentowi dystansują się od tej inicjatywy. I zauważają, że objawy megalomanii zdradza nie tylko obecny lokator Białego Domu. Zimny jak bunkier i bardzo kosztowny obelisk gmachu Obama Center chicagowska ulica ochrzciła już mianem Obamalisk. Rozrasta się też hollywoodzki firmament sławy, Walk of Fame. Akurat na rozpoczęcie Mundialu przybyła tam gwiazda sir Davida Beckhama, który dokopał się do majątku oraz statusu szlachcica i celebryty. Tak jest postrzegany, takim ma zostać zapamiętany.
Podobnego zaszczytu ani zasięgu nie dostąpi pamięć o Irynie Zaruckiej; będzie znacznie bardziej krucha i ulotna. Młoda Ukrainka po napaści Rosji na jej kraj zdołała wyjechać do Ameryki. I tutaj, trzy lata później w mieście Charlotte, wracającą z pracy Irynę zabił nożownik. Prezes międzynarodowego stowarzyszenia entomologów, wydawca przeglądu naukowego „Lepidoptera” (Łuskoskrzydłe) ogłosił, że gatunek motyla, odkryty w Karolinie Północnej i pozostający wciąż bez nazwy własnej będzie się odtąd nazywał Lazur Iryny. Jej rodzina już dostała takiego motyla w ramce z szybką, przyszpilonego do kartoniku.