Umarł Arno. Słaby był już od miesięcy, przestał pić, mówili: przynajmniej wygrał walkę z nałogiem. Akurat. To taka walka, że – żeby nie przegrać – trzeba skapitulować. Byle nie za późno. A rak miał dosyć czekania, w trzustce się zagnieździł. Widać było, jak się bestia pasie: Arno powoli zanikał. Film z ostatniego koncertu, słynna sala Ancienne Belgique w Brukseli. Na scenie staruszek, były facet. Ledwo siedzi, ledwo jest. Wydaje z siebie cichy szmer – mniej niż wspomnienie firmowej melochrypy, jeszcze niedawno mocnej jak u Toma Waitsa. Ale publiczność rozpoznaje każdą piosenkę, chce następnych. I cud się staje. Stopniowo głos odzyskuje siłę. Już wiadomo, co naprawdę znaczy czerwony napis nad sceną. Jedno słowo, tytuł albumu, którego już nie wypromuje sam autor: “Vivre”. Żyć. Znowu płyną zwrotki po francusku, flamandzku, angielsku – a wszystkie śpiewane po belgijsku. Że takiego języka nie ma? Jak nie ma, jak jest? W nim wyraża się belgijskość, la belgitude.
Zresztą narodowe barwy słów nie są najważniejsze. Przez moją głowę nie przebiegają żadne granice, powtarzał artysta. Belgijskość to szczególny stosunek do świata, zwłaszcza do wielkich sąsiadów, kulturowych zaborców. Brać od nich ile wlezie, ale własnego nie oddawać, bośmy za mali. Nie zgadzać się, by zawłaszczali Brela, toż on wyraźnie śpiewał o swoim płaskim kraju, gdzie niskie jest nawet niebo, a za jedyne góry muszą starczyć katedry. O Flandrii śpiewał. Co z tego, że Flamandów belgijskość nie porywa. Walońska fanaberia, mówią. Przecież to Arno – Arno Hintjensa, Flamanda z Ostendy – król Filip pasował na pierwszego rycerza belgijskiej sceny. A w królewskim regimencie zacni towarzysze: Godefroy de Bouillon, Breuglowie i Rubens, komisarz Maigret z Herkulesem Poirot, Tintin i jego tata Hergé, Magritte, Stromae, w ostateczności Jean-Claude van Damme. Kawalerowie belgijskości.
Owszem, koncept belgitude jest sztuczny. Pojawił się jakieś pół wieku temu; był dość dwuznacznym nawiązaniem do pojęcia négritude, „murzyńskości” (dzisiaj nie-do-przyjęcia, chociaż stworzył je wybitny Afrykanin, pierwszy prezydent Senegalu Leopold Sédar Senghor). Belgijskość też miałaby podkreślać wspólne cechy różnych ludów, żyjących na jednym obszarze. Patriotyczne wzmożenia nie są od nich wymagane, dopuszcza się również swobodny stosunek do historii.
Skądinąd wiele jej nie ma, państwo Belgia nie skończyło jeszcze 200 lat, pewne ciemne strony lepiej pominąć – najlepiej więc odwoływać się albo do tego, co teraz, albo do pradziejów. Horum omnium fortissimi sunt Belgae, najdzielniejsi z wszystkich są Belgowie – pisał Julisz Ceazar o podbijanych ludach znad Morza Północnego. Według piewców belgitude dzielność to teraz skromność i uprzejmość (w odróżnieniu od niemieckiej buty i francuskiej arogancji). A za oręż, zbroję i chorągiew służą czekolada, piwo i najlepsze na świecie mule z frytkami, danie tożsamościowe. I jeszcze Bruksela. Ale nie unijna centrala, moloch instytucji i komisji, lecz miasto z duszą. Tak je pojmował brukselczyk Leopold Unger, pisarz od spraw trudnych. Tak też je pojmuje brukselka Grażyna Plebanek, pisarka od spraw słusznych.
A już arcyspecjałem, wręcz monopolem belgijskości byłby surrealizm. To nie jest fajka – podpisuje słynny obraz Magritte. Pewnie że nie, to malarskie wyobrażenie fajki. Arno wyobraża sobie świat, w którym wolność, miłość i zjednoczoną Europę sławi się tak samo: dosadnym językiem knajpy, więc szczerze. W którym pesymiści są zadowoleni, Bóg jest zakochany, a durnie siedzą cicho. Od baru do baru, od piwa do piwa, od historii do historii – słuchamy, jak Arno snuje się po swoim mieście, po swoim świecie. Nie wiemy, czy się z nim wita, czy żegna. Niebo nad Ostendą niższe niż zwykle, więc to pewnie jednak pożegnanie.