Może wreszcie nadchodzi ta właściwa chwila, od tak dawna wyczekiwana. Same protesty, nawet najpotężniejsze, nie obalą władzy ajatollachów; Strażnicy Rewolucji znowu je utopią we krwi i obronią reżim. Ale jeśli tym razem Amerykanie uderzą naprawdę mocno – droga powrotna do Iranu stanie przed księciem otworem. Cyrus Reza Pahlavi czeka na tę chwilę już 47 lat. Ostatni raz widział ojczyznę jako siedemnastolatek, gdy wyjeżdżał do amerykańskiej szkoły wojskowej.
Tylko czy Iran na pewno czeka na niego? Demonstrujący w Teheranie wznoszą portrety syna szacha, skandują Pahlavi wróć! albo Reza Drugi, w Monachium i Toronto poparcie deklarują mu setki tysięcy emigrantów. Jednak to jeszcze nie naród. W kraju znają księcia tylko na odległość, a opozycja ma tam własne ambicje. Są i tacy, którzy nie zapomnieli tyranii jego ojca. Nie żałują, że ostatni szach perski skończył jak ostatni król rzymski: też umierał na obczyźnie, też, jak Tarkwiniusz Pyszny, obalony i wygnany. Książę Reza chce poprowadzić kraj ku demokratycznym przemianom. Referendum i wybory zdecydują, jaką formę przybierze przyszły ustrój; odnowiona monarchia byłaby tylko jedną z opcji.
Ale to dzielenie skóry na niedźwiedziu. Wszystko i tak zależy od decyzji prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pomóż ludowi irańskiemu skończyć z Republiką Islamską – zaklina go Reza Pahlavi – a Historia wpisze cię w poczet największych bohaterów świata. Tylko że Donald Trump sam pisze historię. Nad tym jej rozdziałem musi jeszcze popracować. Ponoć rozważa poważny atak, który zmiótłby obecnych przywódców Iranu, nie zdradza jednak, kogo widziałby na ich miejscu. Cyrus Reza Pahlavi nie może być pewien, czy wyczekiwana chwila rzeczywiście nadchodzi.
Wszelką pewność traci również Maria Corina Machado. Mogło się wydawać, że porwanie Nicolasa Maduro przez komando Delta Force będzie początkiem końca dyktatury chavistów. I że władzę w Wenezueli obejmie teraz prawowita przywódczyni. Trump przyjął w podzięce noblowski medal od Machado, ale postawił na inną kobietę. Delcy Rodriguez, do wczoraj prawa ręka Maduro, dzisiaj jest już dla prezydenta USA partnerką, a Wenezuela pod jej rządami „nowym przyjacielem Stanów Zjednoczonych”.
Tak to wygnani przywódcy, emigracyjne rządy, królewscy banici stają się zakładnikami geopolityki, zdanymi na łaskę i niełaskę możnych protektorów. Tułacz Odyseusz odzyskanie tronu Itaki zawdzięcza Atenie. Bogini przeprowadza go przez pułapki polityki, jaką na śmiertelnikach uprawiał cały panteon, także w wymiarze geo. Oto topos władcy powracającego z obczyzny po należne mu miejsce i prawa, znany od Szekspira po Tolkiena. W dziele mniej popularnego z obu autorów Malcolm przybywa z Anglii do Szkocji strącić z tronu Makbeta, królobójcę i uzurpatora. Misja się udaje, bo królewiczowi towarzyszy angielski korpus ekspedycyjny. W Anglii – to już historia prawdziwa – powiodła się restauracja Stuartów, we Francji – restauracja Burbonów, i to dwukrotnie. Stanisław Leszczyński dwa razy wchodził na polski tron, po czym go tracił – ten drugi raz definitywnie. Jego panowanie lub emigracja zależały od skomplikowanego układu sił między Szwecją, Saksonią, Rosją, Austrią, Francją, Turcją i nawet chanatem krymskim. Od geopolityki.
Współcześnie niewielu było wygnanych monarchów, którzy powrócili do władzy. Też dwukrotnie – ale skuteczniej, niż Leszczyńskiemu w Polsce – udawało się to Norodomowi Sihanoukowi w Kambodży. Początkowo zorientowany prozachodnio, władca szybko zwrócił się ku Chinom i to z ich ochrony korzystał przez kilka dziesięcioleci. W tym czasie przysługiwały mu kolejno tytuły króla, prezydenta i premiera. W okresie rządów Czerwonych Khmerów Sihanouk był formalnie głową państwa. Wietnamską okupację przeczekał w Pekinie i Piongjangu. Wróciwszy do kraju ponownie został królem.
Bułgarskiego tronu nie odzyskał car Symeon II, gdy bowiem po 50 latach przymusowej nieobecności pojawił się w ojczyźnie, tronu już nie było. Monarchia zniesiona przez komunistów po II wojnie nie została wskrzeszona po ich upadku. Były władca odzyskał jednak część rodowych dóbr, założył partię polityczną i odzyskał również władzę – choć tylko jako premier i nie na długo. Symeon Saksenkoburggotski ze swoim rządem przetrwał ledwie jedną czteroletnią kadencję. Tyle z grubsza, ile zasiadał na carskim tronie jako chłopiec.
Symeon znaczy po hebrajsku „Bóg wysłuchał”. Były car Bułgarii czekał bardzo długo, by jego imię okazało się prorocze. Żeby Historia zechciała przyjąć obrót sprzyjający jego krajowi, a więc i jemu samemu. Na jakie jej obroty mają czekać ludzie, którym skradziono władzę – a w gruncie rzeczy także ich kraje? Na co i na kogo może liczyć białoruski Zjednoczony Gabinet Przejściowy, uchodźcza reprezentacja Niepodległej Czeczeńskiej Republiki Iczkerii czy Centralny Rząd Tybetański Jego Świątobliwości XIV Dalajlamy? Wszyscy mają swoich bogów, mogą jednak nie wystarczyć wznoszone do nich prośby, by zechcieli tych nieszczęsnych wygnańców powrócić cudem na ojczyzny łono.