U Warlikowskiego, tak jak u Tarantino, Historia trafia na alternatywne drogi, chociaż tu wybiera raczej skróty niż objazdy. W “Odysei. Historii dla Hollywoodu” Izolda Regensberg – ta, która rzeczywiście powierzyła swoją opowieść Hannie Krall – życzy sobie, by jej własne losy trafiły na ekran. Ale koniecznie z Elisabeth Taylor w roli głównej, w produkcji Roberta Evansa, według scenariusza Marka Hłaski, przy wsparciu Romana Polańskiego. I wszyscy spotykają się w brawurowej scenie, trochę nawet przeszarżowanej. Hłasko rzuca w pewnym momencie swoim “prawdziwym zmyśleniem”, formułką z “Pięknych dwudziestoletnich”. W istocie tak komentuje spotkanie, które nigdy się nie odbyło. I co z tego, że się nie odbyło? Se non è vero, è ben trovato. Literatura, teatr, kino żywią się zmyśleniami, a te prawdziwe smakują im najbardziej.
Podobnie jest z mitami i religiami. A z Historią nie? Ona też każe przyjmować na wiarę, na słowo kronikarzy, że było tak, jak opowiedzieli to, co opowiedzieli im inni. L’homme qui a vu l’homme qui a vu l’ours, mówią Francuzi. Człowiek, który widział człowieka, który widział niedźwiedzia: świadectwo z drugiej ręki. A między nimi czas, w którym rodzą się zmyślenia. Często prawdziwe. Hłasko pisze o ubekach bezskutecznie namawiających warszawskich chuliganów, by w czasie kryzysu kubańskiego tłukli szyby w ambasadzie amerykańskiej. Może tak było, może nie. To tylko polityczna plotka, anegdota, historyjka z Radia Erewań odporna na badania fact checkingu.
Ryszard Kapuściński, zanim jeszcze wyruszy w podróż z Herodotem, pisze o ludziach sobie współczesnych, którzy nie istnieli, o niebyłych zdarzeniach, które widział. Jego konfabulacje ostatecznie wykazuje Artur Domosławski, jakby wykonywał sekcję zwłok. Czynność zarazem potrzebną i odpychającą; nie każdy by się jej podjął. Zwłaszcza wobec literatury świetnej – wszystko jedno fiction czy non-fiction – a więc ciągle żywej. Prawdziwe zmyślenia w “Wojnie futbolowej”, w “Cesarzu” mówią o Salwadorze i Hondurasie, o Etiopii epoki Hajle Selassje coś, czego inaczej powiedzieć by się nie dało.
To są kreacje, ale nie kłamstwa ani żadne fake newsy. Nie – jak dziś – atrapy postprawdy, lecz raczej metaprawda w sublimacie. Fake news deformuje rzeczywistość, kieruje na fałszywe tropy. Prawdziwe zmyślenie przeciwnie: wyznacza azymut, naprowadza na sedno zdarzeń. Taką figurą mogą być przepowiednie, jakie mnożą politolodzy, ekonomiści i spekulanci prowokując ich samospełnienie. Albo wspomniane wcześniej wzloty historii alternatywnej, z raptownym lądowaniem na twardym gruncie. Czy też opinie przytaczane jako vox populi, jednak nie zbierane od przypadkowych przechodniów, tylko wysnute z rzetelnych sondaży ( tak zwana sonda uliczna jest wyjątkowo bałamutną formą dziennikarską; więcej treści przynosi sonda do dwunastnicy). I jeszcze świeży przykład, propagandowy zabieg ukraiński.
Bawełna, dobra nazwa. Sztabowcy Zełenskiego tak mówią o wybuchach w rosyjskich bazach. Nawet wtedy, gdy zawini ruski bałagan, eksplozja idzie na konto Ukraińców – a oni nie potwierdzają, nie zaprzeczają, podtrzymują prawdziwe zmyślenie. Również wtedy, gdy żadnej eksplozji nie było.
Tyle tylko, że przed użyciem tego zabiegu należy wyobrazić sobie jego potencjalne konsekwencje i skonsultować się z poczuciem odpowiedzialności, gdyż każde prawdziwe zmyślenie niewłaściwie stosowane może zagrażać życiu lub zdrowiu przekazu. Dlatego artyści mają łatwiej. U Warlikowskiego na scenie mijają się Liz Taylor, Odyseusz i dybuk. Wszystko jest zmyślone. I to wszystko prawda.