Klopsiki -  Edward Russell's photo, licensed as CC BY 2.0
20 września 2025

Raport z talerza, czyli polityka żołądkowa (gorzka)

Autor: Grzegorz Dobiecki
Zamknij

Grzegorz Dobiecki

Na co dzień gospodarz programu „Dzień na świecie” w telewizji Polsat News. W Raporcie autor cyklu felietonów „Świat z boku”.

Kontakt: grzegorz.dobiecki@raportostanieswiata.pl

Fot: Tomek Sikora

Pejzaż polityczny Norwegii długo był mętny, ale już jest przejrzysty. Wystarczyło zastosować porządkujące go kryterium badawcze. Zrobił to instytut Ipsos za pomocą mięsnych klopsików. I odkrył, że najchętniej jada je elektorat prawicowych populistów i narodowców. Znacznie rzadziej raczą się nimi zwolennicy partii centro-lewicowych, które – być może właśnie dlatego – wygrały wrześniowe wybory.

Formacje mięsnosceptyczne zagrażają też Bawarii. I też nacierają z lewej flanki, z ciemnej strony mocy. Premier landu, konserwatysta Marcus Söder, ogłosił więc kampanię pod hasłem „ Stop dyktaturze tofu!”. Ofensywę wege odeprze dzięki swojej Wunderwaffe. Jest nią autorska marka kebabów Söder Kebab (nazwa już zastrzeżona). Frankfurter Allgemeine Zeitung wyobraża sobie szefa rządu Bawarii we wdzianku z kotletów wieprzowych, przypominającym mięsną sukienkę, jaką przywdziała Lady Gaga w obronie gejów z amerykańskiej armii.

Powiedz mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś. Jean Anthelme Brillat-Savarin, apostoł francuskiej kuchni, doznałby w zaświatach jadłowstrętu, gdybyśmy usiłowali zweryfikować słuszność jego reguły za pomocą obrzydliwego polecenia: pokaż kotku, co masz w środku. Ale – gastronomia czy gastrologia – idzie tu przecież o to samo. O żywnościowy materializm deterministyczny, w duchu Malthusa sprzęgający losy ludzkości z pokarmem, zaś świadomość człowieka, w duchu Marksa, uzależniający od podstawy bytu, czyli w miarę pełnego brzucha. Na boku – jako zbyt skomplikowane – niech zostaną przypadki osobników żyjących poezją i miłością, wyznawców bretarianizmu oraz casus pieśniarza Stachursky’ego, który odżywia się energią słoneczną.

Brillat-Savarin przekonywał, że losy całych narodów zależą od sposobu ich odżywiania. Osobliwie rozwijał tę myśl Joseph Conrad na przykładzie rdzennych mieszkańców Ameryki. Według jego słów, Indianie odżywiali się nierozsądnie, cierpieli na szalejącą niestrawność – i stąd się brała ich bezsensowna przemoc. Wywód Conrada wykpiwa Julian Barnes, pisarz nie mniej świetny. Równie dobrze można by uznać – zauważa – że militarna gorliwość i pociąg do broni palnej Amerykanów to efekt pochłaniania przez nich ton hamburgerów. W książce „Pedant w kuchni” Barnes pisze dalej: Jeśli kogoś kusi, by wierzyć w istnienie integralnego związku między białkiem [zwierzęcym] i agresją, niech nie zapomina, że Hitler był wegetarianinem.

Władza, własność, pieniądze, seks, wojny, religie, ideologie – pewnie, ale te motory nie wprawiałyby Historii w ruch, gdyby ich z kolei nie napędzało jedzenie. I gdyby ktoś nie dojadał, by syty mógł być ktoś. Olimpijscy bogowie opychali się ambrozją, popijali nektarem, a śmiertelnicy wymyślali bajdy o rogu Amaltei, spichlerzu bez dna. Współczesną formą tego mitu stała się pomoc żywnościowa dla Afryki: resztki z pańskiego stołu. W Starym Testamencie – jak na Starym Kontynencie – goście Baltazara ucztują, chociaż upadek Babilonu bliski. Żarłok Ezaw woli soczewicę Jakuba od sukcesji po Izaaku. Od głodu, kary boskiej, wybawia Izraelitów manna z nieba. Na próżno wyglądają jej dziś Palestyńczycy. W Nowym Testamencie Jezus mnoży chleby i ryby dla Galilejczyków. Nam cud obfitości miały zapewnić uprawy i hodowle spod znaku OGM. A hostia, corpus Christi, to przecież także pokarm.

Pod ciężarem jedzenia ugina się sztuka, przez wielkie „S” i przez dużo mniejsze. Od wszelkich martwych natur poprzez „Wieczerzę w Emaus” Caravaggia i „Śniadanie na trawie” Moneta aż po ostatnią instalację Maurizio Cattelana pod tytułem „Komediant” . Stanowi ją banan przyklejony do ściany. Dzieło zamyka cykl prowokacji okołożywnościowych tego artysty, otwarty przed laty złotym sedesem. Przemiana materii sugerowałaby odwrotny porządek. W literaturze mamy „ Śniadanie mistrzów” Kurta Vonneguta, „Kolację dla wroga” Ismaila Kadare, a środku „365 obiadów za 5 złotych” Lucyny Ćwierciakiewiczowej. Gargantua i Pantagruel, nienasyceni giganci, których stworzył Rabelais, maleją przy monstrualnym grubasie implodującym z przejedzenia w „Sensie życia” Monty Pythona. Ubogi bohater Knuta Hamsuna z głodu powoli odchodzi od zmysłów. W filmie Marco Ferreriego zblazowani burżuje organizują samobójcze „Wielkie żarcie”. Tu już do kuchni nos wtyka polityka.

Dzisiaj u Ferreriego mogliby wystąpić inni bohaterowie.  Liberalni milionerzy równie dobrze jak przedstawiciele kawiorowej lewicy. Tym pierwszym władza wymyka się z rąk; drugich frustruje niemożność jej przejęcia. Kiełbasa wyborcza w obu smakach nie rozbudza apetytów, bo ci, których miała skusić , przyjrzeli się – wbrew radzie Bismarcka – jak się ją robi. Nie przekonują więc także oportunistyczne zmiany dań w politycznej karcie: z ruskich pierogów na ukraińskie, z de volaille’a na kotlet po kijowsku. Niezmienne pozostają zasady geogastronomii. Kto nie jest gościem na kolacji, ten jest kolacją. Kto zjada ostatki, ten na starość trąci.

Posłuchaj

Posłuchaj również

17 stycznia 2026

Smartfony – technologia nie dla dzieci?

17 stycznia 2026

Baju baju

17 stycznia 2026

Finał Pucharu Narodów Afryki

-10
+10
00:00
/
00:00