Ebrahim Rasool już nie jest ambasadorem RPA w USA. Departament stanu uznał go za persona non grata. Dyplomata sobie na to zasłużył, gdyż nazwał Donalda Trumpa supremacjonistą. Baracka Obamy tak nie nazywał, chociaż za jego rządów też był ambasadorem. Marco Rubio dostrzegł w Ebrahimie Rasoolu polityka, który podżega do rasizmu oraz nienawidzi Ameryki i jej prezydenta.
W filmie „Zabójcza broń 2” było trochę inaczej, ale wtedy jeszcze istniał apartheid. W Stanach naziolowaci Afrykanerzy z ambasady gardzili wielobarwnym krajem; oni uznawali tylko jeden kolor. A Danny Glover akurat nie był biały, zresztą nadal nie jest. Prowokacyjnie wybrał się do ich placówki jako pierwszy naiwny, rzekomo chętny do osiedlenia się w RPA. W rzeczywistości przeprowadził policyjną akcję dywersyjną. Odwrócił uwagę od czynności operacyjnych swojego kumpla Mela Gibsona, dzięki czemu ten mógł zdemolować ambasadę. Należy przypuszczać, że Glover nie dostał papierów imigracyjnych.
Teraz takie kwity gotów jest załatwiać swoim białym rodakom Elon Musk, Afrykaner naturalizowany w USA. Twierdzi bowiem, że są oni u siebie wywłaszczani bez odszkodowań i generalnie dyskryminowani przez czarnych supremacjonistów. Prezydent Ramaphosa zaprzecza. Prezydent Trump wie lepiej, bo Musk mu powiedział, więc obcina pomoc dla rasistowskiego państwa. Relacje amerykańsko-południowoafrykańskie układają się pokrętnie, jak jaka spirala.
Nic nowego. W latach 70. ubiegłego wieku amerykański bard Sixto Rodriguez cieszył się sławą, rzec by można, światową, ale jedynie w RPA. Nie wiadomo, jak jego piosenki trafiły do izolowanego kraju, w każdym razie przyniosły tam tak zwany powiew wolności. Przegrywane na kolejne taśmy i kasety, nabożnie słuchane jak u nas wtedy ballady Cohena i Kelusa. CNN-u ani internetu jeszcze nie było. Rodriguez o swojej zamorskiej chwale nie miał zielonego pojęcia. U siebie w Detroit przez pewien czas uchodził za artystę lepszego niż Bob Dylan. Ten czas jednak szybko minął; Rodriguez wrócił do pracy na budowach. Tam też po trzech dekadach odnaleźli go filmowcy, oświecili w kwestii południowoafrykańskiej sławy, zawieźli do RPA, nakręcili dokument „Sugar Man” i zgarnęli Oskara.
W Johannesburgu, Kapsztadzie i Pretorii – jak się okazało – Amerykanin nie przestał być gwiazdą. Sale koncertowe wypełniało pierwsze i drugie pokolenie jego fanów. Właściwie wyłącznie białych, co widać na kolorowym filmie. Widocznie powiew wolności z piosenek Rodrigueza omiatał w RPA tylko mniejszość, a z kolei promienie jego sławy układały się pokrętnie, jak jaka spirala, i omijały większość.
Tak to w erze przedcyfrowej geografia wykluczała nieraz wiedzę o czyjejś popularności i znaczeniu. Inny przykład: lud Apaczów żył nieświadomy roli, jaką odgrywał per procura na europejskich podwórkach. Modę wylansował niemiecki literat Karol May, autor wydumanej sagi o Winnetou, szlachetnym Indianinie (jak niegdyś bezkarnie mówiono). Kiedy na kartach powieści uśmiercił zacnego Apacza i jego bliską rodzinę, jednocześnie wielu złych Kiowa zachowując przy życiu, wsparł tezę – świadomie czy nie – że dobry Indianin to martwy Indianin. Z białymi rzecz się miała odwrotnie. A z Old Shatterhandem już zwłaszcza. On nie mógł zginąć, jako że z pochodzenia był dobrym Niemcem. I znowu: właściwe zrozumienie tych zawiłych zależności utrudniał młodym czytelnikom prozy Maya dystans dzielący autora od prawdy.
Wniosek nasuwa się sam. Korzystając z dostępnych środków dystans należy skracać lub całkiem niwelować. Celują w tym Rosjanie i dlatego cieszą się mirem. Ostatnio pokazali to w Afryce, gdzie fraternizują się zbrojnie z ludem Mali, Nigru, Burkina Faso, Czadu i Senegalu, a w perspektywie mają następne braterstwa. Wyparli Francuzów, którzy dość już nakorumpowali elit. Lud być może nie wszystko pojął, bo dalej macha trójkolorowymi chorągiewkami. Wkrótce dostrzeże, że te same barwy mają jednak inne ułożenie, i że ma to wpływ na jego położenie.
Od Rosji uczy się Azerbejdżan. Znaczna odległość od Nowej Kaledonii – 14 tysięcy kilometrów – nie jest dla niego przeszkodą we wspieraniu walki narodowo-wyzwoleńczej ludu Kanaków, wciąż ciemiężonego przez Francję. A w Górskim Karabachu Azerowie totalnie zlikwidowali dystans wobec Ormian poprzez zlikwidowanie obecności Ormian.
Bardzo skuteczna, wymagająca już jednak większej siły i tupetu, jest technika, którą włamywacze nazywają na rympał, zaś dyplomaci i kartografowie mogliby określać jako demarkację swobodną względnie metodę krymską. Polega na przesuwaniu granic według własnego uznania i obsadzaniu obu ich stron własnym wojskiem. Z czasem po granicach nie będzie śladu, bo żołnierskie boots on the ground wszystko zadepczą.
Sposobów redukowania bądź całkowitego niwelowania dystansu jest więc pod dostatkiem. Jeżeli Donald Trump jeszcze nie wie, którym z nich się posłużyć wobec Kanady, Grenlandii, Kanału Panamskiego, ukraińskich elektrowni jądrowych czy przyszłej riwiery Bliskiego Wschodu – to na najbliższym szczycie powinien zasięgnąć rady Władimira Putina. Chyba że plany pokrzyżuje mu Europa, wykonując manewr wyprzedzający: inkorporację Kanady oraz Australii z Nową Zelandią. Wtedy Republika Południowej Afryki zgłosi się już do nas sama.