Odsłonięcie pierwszego we Francji pomnika ofiar komunizmu w Saint-Raphaël na Lazurowym Wybrzeżu.fot. FB/Ville de Saint-Raphaël
30 sierpnia 2025

Stare i nowe mury

Autor: Grzegorz Dobiecki
Zamknij

Grzegorz Dobiecki

Na co dzień gospodarz programu „Dzień na świecie” w telewizji Polsat News. W Raporcie autor cyklu felietonów „Świat z boku”.

Kontakt: grzegorz.dobiecki@raportostanieswiata.pl

Fot: Tomek Sikora

Ludzka postać, choć wątła, znajduje dość sił, żeby rozerwać mur. Z wielkim wysiłkiem chroni wyłom, rozpiera ramionami szczęki kamiennego imadła, już nie pozwala zmiażdżyć wolności. Pierwszy we Francji pomnik ofiar komunizmu jest czytelną alegorią.

Stanął w Saint-Raphaël na Lazurowym Wybrzeżu. Mer miasta, inicjator przedsięwzięcia, wyznaczył miejsce opodal tablicy poświęconej bohaterom Résistance, francuskiego ruchu oporu. Tym bardziej zawzięcie protestowali aktywiści lewicy, nie tylko skrajnej. Dokonał się bowiem – jak to określili – akt niegodziwy i żałosny.

Mer Saint-Raphaël, Frédéric Masquelier z partii Republikanie, odsłonił pomnik 23. sierpnia, w rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Kilkanaście lat temu Parlament Europejski, nie bez wewnętrznych oporów, wyznaczył tę datę na obchody Dnia Pamięci Ofiar Reżimów Totalitarnych. Jest też alternatywna nazwa, równie bezpieczna: Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu.

Według krytyków, pan Masquelier – jeśli już koniecznie musiał to robić – winien był przywołać właśnie tę drugą nazwę, ze stalinizmem. On tymczasem mówił uparcie o komunizmie, łącząc go w parę z nazizmem. Stwierdził w dodatku, że przełamuje tabu, gdyż we Francji zbrodnie reżimów komunistycznych nadal pozostają przemilczane lub są relatywizowane. A na ulicach i murach francuskich miast legalnie i bez żenady eksponuje się symbole komunistyczne. Ta ideologia, inaczej niż nazizm, nie została u nas moralnie potępiona – ciągnął mer – toteż jej wyznawcy są wciąż liczni i bezkarnie zakłamują historię. Masquelier powołał się na słynną Czarną Księgę Komunizmu. Dopuścił się jawnej herezji.

Czarna Księga – Le Livre noir du communisme – wydana w końcu ubiegłego wieku, przetłumaczona na kilkanaście języków to praca międzynarodowego grona historyków, z udziałem m. in. prof. Andrzeja Paczkowskiego. Jej autorzy, na czele ze Stephanem Courtois, dowodzą, że różnice między reżimami komunistycznymi i rządami nazistów są nieznaczne, że ci drudzy w swoich masowych zbrodniach wzorowali się na tych pierwszych, których jednak nie doścignęli w liczbie ofiar. Czarna Księga zamieszcza szacunkowe dane: 25 milionów ludzi zgładzonych przez nazistów i prawie 100 milionów wymordowanych przez komunistów. Najwięcej tam, gdzie rządzili: w Chinach – 65 mln oraz w ZSRR – 20 mln. Na międzynarodowy ruch komunistyczny oraz partie z tego nurtu nie sprawujące władzy spada odpowiedzialność za śmierć 10 tys. osób.

Jedną z tych partii jest Francuska Partia Komunistyczna. Politycznie już zmarginalizowana, zastąpiona przez nowych ekstremistów, na ich tle uchodząca za stronnictwo bez mała umiarkowane – ale wciąż wierna swojej nazwie, sztandarowi i ideałom. Oraz, co istotne, swojej wersji dziejów, którą udało się narzucić liberalnej Francji. W tej historii nie ma miejsca na fakty z pierwszych lat II wojny światowej. Na poparcie przez FPK paktu Ribbentrop-Mołotow zgodne z poleceniem Kominternu. Na apel do władz Francji, jeszcze niezaatakowanej przez Hitlera, o przyłączenie się do tego paktu. Na sabotowanie dostaw broni dla Finlandii walczącej z sowiecką napaścią. Historia w wersji FPK nie wspomina o wezwaniu (istniejącego do dziś) dziennika L’Humanité do francuskich robotników, by bratali się z niemieckimi żołnierzami. Ani o tym, że komuniści włączyli się do ruchu oporu dopiero po ataku Hitlera na ZSRR. Nigdy się z tego wszystkiego nie rozliczyli, bo też nikt tego od nich nie śmiał żądać.

Po wojnie niemal przywłaszczyli sobie tytuł bohaterów Résistance. Roztoczyli wokół siebie nimb męczeństwa. Ich ówczesny przywódca Maurice Thorez nazwał FPK „partią 75 tysięcy rozstrzelanych”. Kłamstwo przetrwało, chociaż już wtedy było wiadomo, że Niemcy zabili w ten sposób nie więcej, niż 20 tys. więźniów z francuskiego ruchu oporu, w tym ok. 5 tys. komunistów. Mit stał się jednak nienaruszalny; tabu, o którym mówił mer Saint-Raphaël, obowiązywało przez dziesięciolecia. Francja, nie tylko zresztą ona, pozostawała „pod uniwersalnym urokiem Października”, jak to określił historyk François Furet, skądinąd komunistyczny renegat. Przez ów charme nie mogły się przebić przestrogi Orwella ani Koestlera, nie rozwiał go nawet Sołżenicyn, nawet Herling-Grudziński.

Zarzuty wobec Frédérika Masquelier dotyczą też jego domniemanych kalkulacji bieżących. Jako Republikanin, czyli polityk klasycznej prawicy, chciałby ponoć ubić interes z narodowcami, by poparli go w nadchodzących wyborach samorządowych. Tyle że dużo więcej wspólnego z francuską narodową prawicą niż Republikanie ma dziś równie silna skrajna lewica. Pociąg do Rosji Putina; niechęć do Ameryki, wszystko jedno – Bidena czy Trumpa; wrogość wobec Unii Europejskiej i NATO. A od wyborów samorządowych dużo ważniejsze są te parlamentarne, prawdopodobnie wkrótce przyspieszone. Niewykluczone więc, że pomnik w Saint-Raphaël jest odwołaniem nie tylko do Muru, który runął w Berlinie, ale – bez łatwych analogii i fałszywych uproszczeń – także do tego, który rośnie wokół liberalnej Francji.

Posłuchaj

Posłuchaj również

10 stycznia 2026

Dlaczego pijemy colę w kinie

10 stycznia 2026

Życie codzienne w Caracas

3 stycznia 2026

Voyager w międzyplanetarnej podróży

-10
+10
00:00
/
00:00