Wolnym Islandczykom ani bandyta z Kremla, ani fanfaron z Białego Domu niestraszny. Niebezpieczniejsi są komisarze z Brukseli. Zjadą się tacy do Reykjaviku i zaraz wymierzą, że kształt ogonów tutejszych dorszy i łososi nie odpowiada unijnym normom. Czyli coś zabiorą, czegoś zabronią, będzie gorzej niż jest – a przecież nie jest źle. Na referendalną większość Islandczyków Unia Europejska podziałała jak straszak.
Na gorący kontynent dmuchnęło chłodem z lodowatej wyspy, a pod tym powiewem blask unijnych gwiazdek – jak w mickiewiczowskiej frazie – pożółkniał, zbladnął i poszarzał. No, zależy dla kogo. Dla poturbowanych ubogich krewnych Unia wciąż zachowuje magnetyczną moc. Ukraińcy, Albańczycy, Ormianie stoją w kolejce do akcesji z motywacją egzystencjalną. Dostatnie Islandia, Norwegia i Szwajcaria nie chcą Unii z powodów materialnych. W obu przypadkach odzywa się strach. U jednych dotyczy przetrwania, u innych – posiadania. Trwoga i obawa, strach wielki i mały – ten drugi prozaiczny, więc bardziej dokuczliwy, bliższy ciału.
Czy Unia Europejska rzeczywiście straciła na islandzkiej odmowie? Tak, bo kto się nie bogaci, ten ubożeje, a ostatnim wymiernym wzbogaceniem Unii było przyjęcie zamożnych Szwecji, Finlandii i Austrii ponad 30 lat temu. Nie, Unia nie straciła, bo to przecież nie był Islexit, niczego nie ubyło. Stratą realną, zresztą obustronną, lose-lose, było wyjście Wielkiej Brytanii. Jeszcze większą – dla i tak już wątpliwej spójności Unii – może się okazać jej rozszerzenie o nowych członków ze wspomnianej kolejki.
Czasy w ogóle takie, że – jak to mówią – strach się bać. Jasne, najbardziej odczuwalne są zawsze „strachy własne”, które wyrzucamy z codziennych myśli, by je rozbroić. Ale one i tak tam są. Utrata zdrowia, rodziny, pracy, oszczędności. Tragiczny wypadek, teraz – po klęskach tego lata – pożar albo inna powódź. A co z wielkimi zagrożeniami dla świata? Katastrofami klimatycznymi w skali makro, z atomowymi pogróżkami Putina? Media co chwila podliczają sumę wszystkich strachów, te bilanse tracą jednak siłę rażenia. Może odzywa się niedostatek wyobraźni u odbiorcy, a może postawa Mistrza, mówiącego Małgorzacie: zbyt mnie straszyli i teraz niczym już przestraszyć nie są w stanie?
Nie podobają się teatrologiczne odwołania do strzelby Czechowa, która – zawieszona na ścianie w pierwszym akcie przedstawienia – najpóźniej w ostatnim musi wypalić. Bo co niby miałby oznaczać ów akt ostatni? I kiedy nastąpić? Nie podoba się apel prezydenta Francji o gotowość do najwyższych poświeceń, żeby Francja była Francją; szef państwa niepotrzebnie straszy. Przyjemniej słuchać szyderstw z Rosji, która od czterech lat nie jest w stanie pokonać Ukrainy, więc gdzie tam jej zamierzać się na NATO. Mile widziani są eksperci powtarzający, że owszem, Moskwa może próbować przetestować Sojusz, ale jej groźby jądrowe to zwykła retoryka tchórzliwego szantażysty, doprawdy nic groźnego.
W gruncie rzeczy podobny wywód przedstawiał Sting w niemądrej piosence o Rosjanach, którzy nie sięgną po śmiertelną zabawkę Oppenheimera: wszak oni także kochają swoje dzieci. Nic bliżej nie wiadomo o uczuciu Putina do jego oficjalnych córek i nieoficjalnych synów, ale zapewne o ich bezpieczeństwo bać się nie musi. Iran grozi śmiercią synom Trumpa i Netanjahu. Pogróżkami przejął się wyraźnie ten drugi, nakazał izraelskim służbom ewakuowanie z Ameryki swego pierworodnego, Yaira. Czy ojcowska obawa o życie własnego potomstwa sprawi, że ci przywódcy zrozumieją innych ojców, tracących dzieci w Strefie Gazy, Ukrainie, Iranie? Pytanie retoryczne. Gorzej – naiwne.
A na Kapitolu policja zatrzymała osobnika, który wjechał tam pick-upem z gilotyną na pace. Z prawdziwą maszyną do ścinania głów, nie z żadną atrapą. Dotąd nie wyjaśniono, kto to był. Nemezis? A może to tylko twór zbiorowej wyobraźni, od dawna w niej zadomowiony: dostraszacz? Dostarczyciel dodatkowych powodów do lęków i dreszczy, skoro te realnie istniejące okazują się za słabe. Taki Roderick, z Zagłady domu Usherów. W Wielkiej Brytanii eksperci do spraw bezpieczeństwa ostrzegają, że kraj powinien się spodziewać agresywnych działań Rosji, operacji „półmilitarnych”, groźniejszych niż akty sabotażu w Niemczech. Tymczasem brytyjska młodzież wcale się tego nie boi, dostrasza się za to Kotem w Kapeluszu, The Cat in the Hat. Postać wyszła z książki dla dzieci, krąży po mediach społecznościowych, zagląda kocią mordą do okien, w ciemnych uliczkach wyskakuje zza węgła. Straszydło przeraża, jak ten psychol Jocker, jak chupacabra. I dowodzi, że strach nie podlega reglamentacji. W ten towar o nieograniczonej podaży każdy zaopatruje się według własnych potrzeb.