Osiołek, durne zdrobnienie. Właściwa nazwa zwierzęcia brzmi: osioł. Łacińska – asinus. W sferze publicznej bywa używana wstrzemięźliwie, jakby z obawy, że ktoś ją zaraz weźmie do siebie. Jednak podczas gali Oskarów była akurat uzasadniona. Na scenie wystąpił osioł miniaturka, czyli faktycznie osiołek, asinusek. Ten z filmu “Duchy Inisherin”, gdzie jest zaledwie maskotką, żywym rekwizytem. Powinien był zaś wystąpić osioł rosły, asinus maximus, aktor pełnym pyskiem: bohater obrazu “IO”.
Najwyższa bowiem pora uznać, że na tym świecie role pierwszoplanowe grają wszystkie zwierzęta, nie tylko ludzie. No ale to wciąż ludzie przyznają tytuły i nagrody, rozdzielają oceny i role – wedle swoich miar. Niech tylko ich wybór padnie na inne zwierzę, zaraz da się odczuć smrodek antropomorfizmu. Ezop z Kryłowem, Krasicki z Lafontainem radują się w zaświatach, bo to ich szkoła.
Pierwszym Psem Dobrej Woli z patentem UNICEF został ukraiński terrier, jakby żywcem wyjęty ze słynnej reklamy gramofonów. Wabi się on Patron (co znaczy nabój) i jest saperem. Nieistotne, że do wykopywania min nakłania go nie tyle dobra wola, własna i nieprzymuszona, co his master’s voice. W armii rosyjskiej służy na pewno Szarik (co znaczy kulka), który miny zakopuje. On jest psem złej woli. Podobnie sprawy się mają z delfinami, specami od podwodnej dywersji. Jedne wykorzystują wrodzoną inteligencję, płynąc do akcji w słusznej sprawie. Mniej rozumne trafiają pod rozkazy Putina. Największą ofiarę ponoszą delfiny cywilne ogłupione pacyfizmem. Wierne tylko sobie i Morzu Czarnemu.
W krainach i w czasach spokojniejszych zwierzęta nie muszą stawać przed trudnymi wyborami. W Indiach na przykład z jedną z potencjalnie zainteresowanych stron w ogóle nie skonsultowano projektu zastąpienia obcych kulturowo Walentynek rodzimą formą okazywania czułości istotom bliskim: miał to być Dzień Przytulania Krów. Może i lepiej, że pomysł przepadł, bo jego niedoszłe beneficjentki i tak już mają pozycję mocniejszą niż niejedna kasta. W Indiach generalnie zwierz ma dobrze, pewnie dlatego, że – jak to ujmował klasyk – Hindus jemu nie ubliża. Temu zwierzu. Doceniła to pewna kobra, zaklinana przez zaklinacza, który stracił górne jedynki. Więc i ona – według świadków z Madrasu – dała sobie wyrwać zęby jadowe. To się nazywa solidarność międzygatunkowa. Z kolei w stanie Kerala krokodyl z jeziora przy świątyni Wisznu, znany potem jako Babia Wegetarianin, odstąpił od mięsożerstwa, zadowalał się ofiarnym słodzonym ryżem i nawet – według ocalałych świadków – pozwalał się przytulać. To się nazywa symbioza empatyczna.
Świadomość wspólnoty losów humano-animalnych dociera z Orientu i na Zachód. Rośnie udział zwierząt w rozwiązywaniu trudnych problemów, choć niekiedy bywa on niefortunny. W końcu określenie “niedźwiedzia przysługa” nie wzięło się znikąd. Na Florydzie, gdzie od aligatorów aż gęsto, na jednego natknęła się – ostatecznie, by tak rzec – pensjonariuszka domu seniora. Amerykański gad, inaczej niż Babia z Kerali, nie okazał się jaroszem. Część ekspertów (fakt, że skromna) dostrzegła w tym zdarzeniu szansę śmiałej reformy systemu emerytalnego oraz wkład do dyskusji o starzeniu się zachodnich społeczeństw wyrażony środkami, jakie ma do dyspozycji aligator. Zaś w stanie Kansas pies zastrzelił myśliwego. Sprawca siedział w samochodzie za kierowcą obok nabitej strzelby, która, potrącona psią łapą, wypaliła. Policja skłania się ku wersji nieszczęśliwego wypadku, chociaż początkowo nie wykluczała aktu eko-terroryzmu ze strony najlepszego przyjaciela człowieka.
Czyste sumienie ma labradorka Nova. Hasała po parku bez smyczy, gdyż droga jest jej wolność wypowiedzi. A nieskrępowany, spontaniczny ruch to właśnie psia ekspresja. I które miejsce lepiej nadaje się do korzystania z tej wolności, niż londyński Hyde Park? Na karę zasłużył natomiast ten, co pozwolił jej biegać nie bacząc na zakazy: Rishi Sunak. Premier Wielkiej Brytanii w każdej sytuacji musi być na smyczy prawa. Powinna mu to podpowiadać intuicja. Tak jak intuicja podpowiedziała słoniowi w rzymskim cyrku, by przejść ponad leżącym na arenie człowiekiem nie czyniąc mu krzywdy. W zacnym celu położył się tam odważnie papieski jałmużnik, kardynał Krajewski. Wielkie zwierzę intuicyjnie musiało pojąć, że to nie watykański bankier ani zachłanny biskup, którego nieco przydepnąć by nie zaszkodziło, tylko przeciwnie – ksiądz, który rozdaje, a nie gromadzi. Bo widownia, nie tylko zresztą w tamtym cyrku, patrząc na kościelnego hierarchę ma dziś z takim rozróżnieniem kłopoty.