Tydzień w Grecji, po drodze kawa w Serbii, siku w Macedonii – i już jest materiał, już sama się pisze książka “Moje Bałkany”. Imponuje królicze tempo produkcji i reprodukcji zagranicznych reportaży w twardych okładkach. Niektóre teksty nawet niezłe, ale cóż, panie, kiedy Gryzą się, Gryzą, a też i Tanieją od nadmiaru swego, a bo za dużo, za dużo, i co dzień nowych przybywa, i nikt wyczytać nie może, bo za dużo, ach, za dużo!
Co tam, mnogość przykładów ośmiela. Łatwość jeszcze bardziej. Rodzinny urlop we Włoszech – i do klawiatury, lasciatemi racontare. Szkoda, że dobry tytuł “Italiam! Italiam!” Norwid z Niemenem podkradli. Kompleksy na bok, damy “Ojczyzna włoszczyzna”. Miesiąc później parę dni na rybach w północnej Szwecji, w krainie Saamów. Ciężka robota, hårt arbete, ale jej owoc też może swoje ważyć, więcej niż metrowy szczupak. Taka na przykład opowieść, z chwytliwą sugestią kryminału noir: “Skandynawia wypatroszona”.
A właściwie czemu nie studium porównawcze. Laponia i Toskania, więc śmiało: “Europa z góry na dół”. Ciasto dzieła niech rośnie na drożdżach błyskotliwych obserwacji. Były one prowadzone według metody Samuela Pickwicka, prezesa klubu korespondentów, czyli – jak sam ją nazywał – “organizacji spostrzegawczej”. To niewątpliwie pramatka wielu bytów współczesnych. Osobliwie ONZ, której opracowania i raporty przypominają, co do swej przydatności, pickwickowską teorię skoku żaby.
Zatem w drogę. Z nieba Italia oraz Sverige są do siebie łudząco podobne, gdyż z ponad chmur nic nie widać. Żeby dostrzec różnice, wystarczy obniżyć loty. Jeżeli architekturę i naturę w Szwecji nazywać surowymi, to te włoskie będą gotowane. Al dente. Katedra w Sienie jest jasna, a w Uppsali ciemna. Noce w Toskanii i Laponii – odwrotnie. Uppsala nie leży w Laponii, ale tam akurat nie ma katedr. Latem na północy Szwecji nie powstają mroczne powieści o zbrodni: za dużo światła. Co innego zimą. W Toskanii zima występuje w porywach i jedynie w górnych partiach. Podobnie włoska literatura i w ogóle sztuka: od razu porywa się na szczyty.
Właściwą miarę zawsze dobrze znać. Pan Pickwick mierzył na przykład odległości między przydrożnymi kamieniami. 1530 km na południowy zachód od Warszawy, na rynku miasteczka Greve, stolicy regionu Chianti, stoi pomnik w stylu neoantyku mitorajskiego. Przedstawia postać męską niekompletną, za to z potężnym przyrodzeniem. W mieście Lycksele, w regionie Västerbotten, od Warszawy 2220 km na północ, nierozpoznany artysta umieścił na cokole rzeźbę dwojga pionierów z psem. Cała trójka kieruje się wyraźnie na krąg polarny, jak ostatnio Adam Wajrak. Jeśli są to Saamowie (Wajraka wyjąwszy), ich podstawowa komórka z pomnika – statystycznie rzecz biorąc – stanowi spory odsetek tej nielicznej grupy ludności. Szwedów jest w ogóle niedużo. To ich słynny styl minimalistyczny.
Włochów jest dużo. Co więcej, nawet jeśli gdzieś jest ich mało, to i tak jest ich tam dużo. Z tym, że w Toskanii więcej jest turystów oraz Włochów przyszywanych, odprutych z materii najczęściej anglo-sasko-nordyckiej. Może dlatego głośna rzymska kapela wzięła sobie duńską nazwę Måneskin i śpiewa po angielsku, jak jaka ABBA. A włoski przecież stworzony do śpiewania; to nuty zapisane słowami, podlane winem i oliwą. Szwedzki też ma własną melodię, trudniejszą niż belcanto, ale po swojemu uroczą. Cierpkości przydają jej arktyczne jagody, a słodyczy śledzie.
Kamienne murki na szwedzkich polach chronią przed śnieżną zadymką, nie przed sąsiadami. Wokół posesji nie ma płotów: Kargulsson i Pavlaqvist nie mieliby do czego podchodzić. W Toskanii owszem, Cargulacci i Pavlaquini dalej się grodzą. Widać własności u protestantów dostatecznie dobrze strzeże świadomość jej świętości; katolikom potrzebne do tego płoty. Bez barierek ani rusz we Florencji. Inaczej turyści zaraz by się rozpanoszyli, zawłaszczyli ulice, knajpy i muzea. Galeria degli Uffizi gorsza niż metro w godzinie szczytu. Jak podziwiać “Zwiastowanie” Botticellego z koniecznego dystansu, kiedy z tyłu napiera tłum? I jak mają zachwycać wszystkie te dzieła, kiedy w przeogromnej masie swojej zachwycać przestają? Znowu: gryzą się, gryzą, za dużo, za dużo, Gombro w pałacu Gonzala.
Co innego lapońskie szczupaki. Każdy z osobna, mniejszy czy ogromny, skończenie doskonały, do zachwytu w ciszy przez tę chwilę przed wypuszczeniem do wody. I do wstydu z własnej hipokryzji, z bałamutnej “etyki”, która darowaniem rybie życia usprawiedliwia zadawany jej ból. Oto kultura i natura. Toskania i Laponia. Chociaż lepiej, marketingowo bardziej nośnie, brzmiałoby zdanie: to Toskania, a to Skania. Że tamtędy, przez południe Szwecji, podróż nie wiodła? Oj tam, oj tam. U Kapuścińskiego też nie wszystko się zgadzało.