Znowu się okazało, że coś robiliśmy nie tak, jak trzeba. Od kilkuset lat, nieświadomie albo, co gorsza, z premedytacją. Tym razem idzie o niepoprawność kartograficzną, mocno przecież polityką podszytą.
W XVI wieku Gerardus Mercator, matematyk z Flandrii, wyrysował mapę świata, która ułatwiła morską żeglugę (navigare necesse est), ale zdeformowała proporcje między lądami (vivere non est necesse). Wedle tego odwzorowania, nazywanego na lekcjach geografii siatką Merkatora, rozmiarowo – więc także znaczeniowo – najwięcej traciła Afryka. Kneblowana przez stulecia zaprotestowała dopiero niedawno. W efekcie ONZ przyjęła rezolucję z bezwstrząsowym zaleceniem. Uprasza się, by mapę Merkatora stopniowo zastępować tzw. odwzorowaniem walcowym równopowierzchniowym, czyli mapą Galla-Petersa, wierniej oddającą skalę lądów i oceanów naszej planety.
Zwał jak zwał; rezolucja, rewolucja, co za różnica. Dla planety to bez znaczenia, bo przecież w żadnej siatce ani sieci ona nie tkwi. W każdym razie niczego podobnego z góry i z oddali nie widać, co może potwierdzić astronauta Sławosz Uznański-Wiśniewski. Kosmonauta Mirosław Hermaszewski potwierdzić nie mógł, gdyż radziecki towarzysz lotu nie dopuszczał go do okna. Owszem, Związek Sowiecki zamierzał zapanować nad całym światem, wiele imperiów już wcześniej o tym śniło, a jeden dyktator – genialnie sparodiowany przez Chaplina – podbijał nawet zadkiem kulę ziemską. Nikt nie zdołał jednak narzucić na nią sieci i całkiem obezwładnić, jak Krzyżacy Juranda w Szczytnie.
W chińskich bajkach pojawiali się poławiacze księżyca, próbowali tego nawet tacy dwaj nasi, Jacek i Placek. Ale żeby polować na Ziemię-Matkę z niewodem lub włokiem – co to, to nie. Przypadkiem zrobił to chyba jeden jedyny Maui, heros z mitów polinezyjskich. Z morskich głębin wyciągnął w sieci wielką rybę, która zamieniła się w Te Ika-a-Maui, czyli – według późniejszych nazw białych intruzów – Wyspę Północną Nowej Zelandii. A rybacka łódź bohatera stała się Wyspą Południową.
Ładne, ale naiwne. I bez naukowej podbudowy. Wszystko się zmieniło, gdy temat wzięli na twórczy warsztat pisarze spod znaku SF. Skończyły się bajki, zaczęły się schody do nieba – bo to stamtąd, z wrogiego Kosmosu, a nie z rąk zlęknionych Ziemian miały teraz spaść na planetę więzy, klatki i sieci. Na przykład w Problemie trzech ciał Cixin Liu technologiczna dominacja najeźdźców z Trisolaris pozwala im pochwycić Ziemię w sieć geometryczną, która jest jak gigantyczne lustro, odbijające światło słoneczne. Podobnie Robert Charles Wilson w powieści Spin każe nieznanej sile izolować Ziemię w czarnym kokonie. U kilku autorów wraca motyw pierścieni orbitalnych, rozrastających się do rozmiarów gigantycznej klatki: Ziemia jest w niej uwięziona. Zarazem spowija ją globalna sieć informacyjna, która służy głównie inwigilacji mieszkańców.
I tu już jesteśmy z powrotem w domu, bez pośrednictwa science fiction. Oto internet, a w nim globalna sieć Web. Już w wersji 3.0, z ekspansją sztucznej, czy może super-inteligencji, z przejmowaniem władzy przez korporacje i maszyny. Jedni chcą więc siatki ochronnej, która by ubezpieczała ludzkość przed upadkiem w otchłań AI; drudzy wolą rozciągać nad tym zagrożeniem siatkę, nomen omen, maskującą. Tych wielkich pajęczyn też nie widać z Kosmosu, ale w zbliżeniu dostrzec je łatwo. W naszych nowych potrzebach, co jeszcze wczoraj były niepotrzebne; w implementowanych nawykach, w codziennej daninie składanej cyberbałwanom, w różańcach algorytmów, jakie bezwiednie odmawiamy. Coraz mniej oczek w sieci, przez które można się przecisnąć do drugiej osoby, a nie do jej awataru; do relacji społecznych, a nie społecznościowych.
Naturalnie są i inne sieci oraz siatki, których gołe oko nie dojrzy, ale odpowiednio uzbrojone już tak. Siatki szpiegowskie, mafijne, terrorystyczne. Długą listę tajnych powiązań, które służą niszczeniu naszego świata wciąż uzupełniają wyznawcy teorii spiskowych. Nieraz coś z tej listy wyciągną, jak królika z cylindra, i o dziwo okazuje się, że zwierzątko jest prawdziwe. Podobno działa też światowa siatka ludzi dobrej woli. Czesław Niemen twierdził nawet, że jest ich więcej. Jakoś nie potrafią jednak dowieść czynami swojej przewagi i pewnie dlatego pozostają w głębokiej konspiracji. Istnienie niektórych sieci potwierdza dopiero dowód negatywny: o znaczeniu globalnych łańcuchów dostaw przekonujemy się wtedy, gdy zostają zerwane.
Gdyby współcześni kartografowie byli fachowcami odpowiedzialnymi, wrażliwymi i wykształconymi wszechstronnie, gdyby okiem Słońca ludzkości całe ogromy przenikali z końca do końca, odwzorowaliby teraz świat z uwzględnieniem wszystkich zależności i powiązań, o których była mowa wyżej. Nic bowiem nie wyniknie z zastąpienia siatki Merkatora mapą Galla-Petersa, gdyż nastał czas kartografii kreatywnej. Ameryka Trumpa wydłuża się i poszerza, Kanada przykleja się do Europy, Rosja graniczy z kim chce, a proporcje i strony świata wyznacza już i tak Państwo Środka.