No, niezły sajgon. Nie udawaj Greka, że nie wiesz, o co chodzi. Tam masz życie jak w Madrycie, Francja elegancja, pełna Europa. A tutaj – wolna amerykanka. Za Chiny nie dasz rady. Tak cię załatwią, że ruski miesiąc popamiętasz. I na koniec będziesz goły jak święty turecki.
To nie jest, wbrew pozorom, głos z dyskusji ekonomistów ani stenogram z debaty poselskiej. Nie idzie tu także o ewentualne podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń. Początkowa tyrada – czysto abstrakcyjna – ma jedynie ukazać, jak w mowie potocznej jednego narodu potrafią się zagnieździć odwołania do innych nacji. Nie tyle świadome albo randomowe zapożyczenia – czyli wszechobecne dziś anglo-amerykanizmy – co porównania, metafory i rozmaite złote myśli wyrażane w języku własnym. Giętkim, jak przykazał poeta, w dodatku Słowacki.
Takie wtręty snują się zwłaszcza po porzekadłach i przysłowiach, nazywanych zbiorczo mądrością ludową. Nazywanych nienajmądrzej, bo wiele tych zwrotów bazuje na łatwych kliszach, często prześwietlonych. Choćby słynne określenie polnische Wirtschaft przestaje być w Niemczech synonimem bałaganu i niewydolności. Wolfgang Muenchau, autor pouczającej książki „Kaput. Koniec niemieckiego cudu gospodarczego” wydaje się bliski postawienia tezy, że nowy synonim mógłby brzmieć deutsche Wirtschaft. Inny publicysta, kiedy opisywał galimatias panujący w jakimś kraju, używał zwrotu: człowieku, Albania. Ostatnio używa go już tylko wobec Albanii.
Jako międzynarodowa matryca wciąż trzymają się mocno durne żarty, w Ameryce nazywane Polish jokes. Anglicy opowiadają je jako Irish jokes, Francuzi jako kawały o Belgach, blagues bèlges. Niemcy ze wschodu, Ossi, robią sobie Witze z Serbołużyczan; z Ossich w ten sam sposób szydzą Wessi, bracia z Zachodu. To są zwykle historyjki w rodzaju wkręcania żarówki pod sufitem przez pięciu facetów: jeden ją trzyma stojąc na stole, czterech obraca stołem. Uniwersalne są także kawały o Żydach, szczególnie w wersji tzw. szmoncesów. Najlepsze, bo najbardziej złośliwe, wymyślają sami Żydzi.
Poza sferą niewybrednego dowcipu sprawy się już jednak komplikują i – zależnie od geografii języka – te same narody występują w odmiennych rolach bądź służą do innych porównań. Francuzi i Hiszpanie mówią o kimś, kto zbiera cięgi za nieswoje grzechy, że to turecka głowa: tête de Turc, cabeza de Turco. My siedzimy jak na tureckim kazaniu, gdy niczego nie kumamy z czyichś słów. Bo to kompletna chińszczyzna. Francuz powie: hebrajszczyzna; Brytyjczyk – grecczyzna. I, żeby się nie męczyć, wyjdzie po angielsku? Zależy gdzie. W Niemczech będzie to wyjście po polsku, polnischer Abgang. W Anglii – french leave.
Jeżeli zniknięcie okaże się równie pośpieszne, jak intensywna była początkowa obecność, Włosi zakpią, że to assalto francese e ritirata spagnola, francuski szturm i hiszpański odwrót; po naszemu coś jak słomiany zapał. Włoskie przysłowie narodziło się podczas wojen napoleońskich, w tym samym czasie, co francuskie porównanie pijany jak Polak, ivre comme un Polonais. Przygana to, czy wręcz przeciwnie? Bonaparte ponoć chwalił tak polskich żołnierzy, gdy po libacjach Wielka Armia była ledwo żywa, oni zaś jako jedyni stawali w szyku bojowym, choć też za kołnierze nie wylewali. Może zresztą nie chodziło o komplement, lecz o konstatację, że tylko pijani mogli się odważyć na szarżę w wąwozie pod Somosierrą – tak jak to zrobili Polacy. Wiadomo, którą wersję wybieramy edukując niedouczonych Francuzów. Francja ignorancja…
Od kontrowersji niedaleka droga do niechęci i uprzedzeń. Przykładów z tego rejestru byłoby najwięcej, bo tak się osobliwie składa, że jak już narody wpuszczają do swoich przysłów obcego, to raczej nie po to, by go pochwalić. Taki Rosjanin sięga do skarbnicy mądrości swego ludu i od razu wie, że – tu już bez wersji oryginalnych – Bóg stworzył Adama, a diabeł Mołdawianina. Że u nas nie Polska, mąż od żony ważniejszy. Albo że u Niemca nóżki cieniutkie, dusza króciutka. Toż to prawie jak u Mickiewicza: istny Niemiec, sztuczka kusa…
O kimś, kto łatwo się na wszystko zgadza, Palestyńczycy z Izraela mówią, że jest tani jak Egipcjanin. A Żydzi w tym kraju spartoloną pracę uznają za arabską robotę. Arabowie, szukając wzorów zalet z dala od Bliskiego Wschodu, powiadają: punktualny jak Niemiec. Bo przecież w przysłowiach trafiają się i przykłady pozytywne, a nawet spajające dwie nacje – jak fraza, którą rozumiemy bez pomocy tłumacza: Lengyel, Magyar két jó barát. Tylko czy ona wciąż jest prawdziwa?
Zmieniają się bowiem stosunki między państwami, między narodami i między ludźmi – także te najbardziej intymne. Za ich formę szczególnie namiętną, a więc gorącą, długo uchodziła tak zwana miłość francuska. A dziś co? Próżno szukać w niej żaru: miłość francuska zlodowaciała.