Chociaż przereklamowana i anachroniczna, Pokojowa Nagroda Nobla pozostaje przedmiotem pożądania dla niejednego przywódcy. A dla jednego to już zwłaszcza. Ale tylko patrzeć jak norweski Komitet pójdzie z duchem czasu i ustanowi dużo cenniejszą Wojenną Nagrodę Nobla. Bo czas nagli, a ducha nie powstrzymasz. On, jak wiadomo, tchnie kędy chce. Ostatnio w Waszyngtonie tchnął tak mocno, że po drugiej stronie rzeki z pięciokątnego gmachu odpadła tabliczka. Zastąpiła ją nowa inskrypcja: już nie Departament Obrony, lecz Wojny.
Kierunek zmiany jest zasadniczo słuszny, jednak ten akurat ruch był nie do końca przemyślany. W szyldzie Pentagonu – inaczej niż w przypadku przyszłej Nagrody z Oslo – nie należało eksponować wojny. Powołaniem tego resortu nie jest bowiem promowanie największych sukcesów w danym roku, doraźnych przewag czy innych rekordów; to nie ministerstwo sportu. Tu idzie o cel, do którego osiągnięcia wojna jest tylko środkiem ( a nowa Nagroda Nobla byłaby zachętą do korzystania z tego środka). Gdyż o co toczy się wojna? Jak zwykle toczy się o pokój. Śpiewał o tym już Stanisław Staszewski, tata Kazika, a wcześniej Herodot, tata Historii, zauważał, że tylko nierozumni docelowo wybiorą wojnę zamiast pokoju. Amerykańskie ministerstwo powinno więc przyjąć nazwę dalekiego zasięgu: Departament Pokoju. I ewentualnie – dla zmylenia przeciwnika – dorzucić motto z Lennona: Give Peace a Chance.
Nie łudźmy się jednak: przeciwnika zmylić niełatwo. Zdeklarowanego wroga jeszcze trudniej. Nawet powyższy pokrętny wywód może nie wystarczyć. Albowiem wróg kieruje się własną logiką konfrontacji. Zachód pozostaje zasłuchany w rzymską maksymę: si vis pacem, para bellum. Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny. I Zachód się szykuje: z oporami, bez przekonania, nie wiedząc w istocie, o jaki pokój miałby walczyć. Wschód odwraca priorytety: si vis bellum, para pacem. Opracowuje zawczasu pokój, który zakończy możliwą wojnę na jego, Wschodu, warunkach. Ex Oriente pax. Przy czym, jak zauważył przed dwoma wiekami markiz de Coustine, Rosją powodują spryt i okrucieństwo, dlatego prowadzi ona i będzie prowadzić wojny. Chinom przyświecają zaś nauki jeszcze innego wiekowego taty: Sun Tzu, ojca wojny hybrydowej. Dlatego dla Pekinu zwycięstwem najdoskonalszym będzie pokonanie wroga bez walki.
Politycy Zachodu niby wiedzą, że nie należy się przygotowywać do wojen, które już się odbyły. Czy jednak na pewno uwierzyli w to także sztabowcy, jako kadeci egzaminowani z Tukidydesa i von Clausewitza? Od polityków słyszą, że wojna to sprawa zbyt poważna, by zostawić ją w rękach generałów. Wobec tego może generałowie powinni zająć się pokojem? W razie potrzeby mundur zamienią na garnitur wzorem „Ike’a” Eisenhowera, który już po cywilnemu utrwalał w świecie Pax Americana. Dzisiaj, gdy świat rozhuśtał się na wielu biegunach, potrzebny jest inny koncept, adekwatny do sytuacji. Waszyngton pracuje nad nową doktryną bezpieczeństwa, here we go. Nad skróceniem perspektywy i zwalczaniem wroga raczej w pobliżu granic, nawet w domu, nie zaś na odległych kontynentach. Doktryny rodzą doktrynerów. A skąd brać wizjonerów?
Może spośród noblistów. Na przykład Bob Dylan już kilkadziesiąt lat temu w songu Masters of War oznajmiał: widzę przez wasze maski, przez wasze oczy, przejrzałem wasze umysły… Dylan, prorok we własnym kraju, wtedy miał łatwo. Spróbowałby teraz przeniknąć myśli kłębiące się w ważnych głowach… Ciekawe, w ilu z nich i kiedy zaświtała refleksja, że slogan orwellowskiego Wielkiego Brata wcale nie jest kłamliwy. Wojna to pokój. Tak jest, wystarczy ją zamrozić.
Wśród politologów i analityków z wizjami też nienajlepiej. Zwykle są to projekcje w przyszłość wiedzy z przeszłości, czyli przypadek generałów na nowo prowadzących stare wojny. Albo niezobowiązująca futurologia. W głośnej swego czasu książce „Następne sto lat. Prognoza na XXI wiek” George Friedman wieszczył osłabienie Rosji i Chin, wybicie się Turcji, Meksyku i Polski na mocarstwowość, a także wojnę kwitnących Stanów Zjednoczonych z osobliwym sojuszem Eurazji, Europy Wschodniej i Dalekiego Wschodu. Kto wie, ze stulecia programowanego przez Friedmana pękła dopiero ćwiartka, jeszcze wszystko możliwe. Ryzyko utraty wiarygodności autora w oczach współczesnych jest zerowe; w końcu XXI wieku oni będą mieli już oczy zamknięte. Natomiast bez wątpienia obroni się myśl nieuczesana Stanisława Jerzego Leca. Najlepszą gwarancję pokoju daje zakopanie topora wojennego razem z wrogiem.