Według księgi Jozuego najpierw kapłani przez kilka dni dęli w baranie rogi, potem groźną nutę powtórzył chór tysięcy wojowników Izraela – i mury Jerycha runęły. Był to w zasadzie jedyny znany przypadek doprowadzenia do wojennego zwycięstwa wyłącznie przy użyciu instrumentalu i wokalu. Dziwi więc nieco, że zwrot “ty trąbo jerychońska” nie stał się komplementem. Nie dziwi natomiast, że sukces w walce próbowano później i próbuje się nadal osiągnąć metodą spod Jerycha. Niestety skuteczna powtórka nikomu się jeszcze nie udała: bez odpowiednich czynów słowo niesione muzyką nie wystarczy. Na próżno pieśniarz z Katalonii, a po nim bard z Polski wyjaśniali, że mury raczej urosną, niż runą. Nie słuchano ich uważnie do końca, a istotę sprawy oni wyłuszczali dopiero w ostatniej zwrotce.
Ponieważ świat jest pełen niegodziwości, wciąż gdzieś powstają pieśni przeciwko agresji i opresji. Resztka świata, która jest akurat od owych nieszczęść wolna chętnie takie pieśni podziwia i nagradza; to nic nie kosztuje. Podczas galowego wieczoru w Los Angeles specjalną nagrodę Grammy przyznano Szewrinowi Hadżipurowi, więzionemu w Iranie. Jest on autorem piosenki “Baraye”, która stała się hymnem protestów przeciwko reżimowi ajatollahów. Właśnie: hymnem, ale nie pieśnią bojową. Pobrzmiewa raczej aranżem z festiwalu w Sen Remo. I zamienia się w suplikację, litanię wyjaśnień, dlaczego młodzi Irańczycy podnieśli bunt. Być może perska poetyka rebelii jest boleśnie łagodna, jak śpiew Hadżipura. Zdjęcia z Teheranu czy Meszhedu sugerują jednak, że bólu tam owszem, pod dostatkiem, ale łagodności niewiele. Zapewne Irańczycy potrafią śpiewać także hardo, z pasją i wiarą, że im się uda – ah! ça ira, ça ira, ça ira – jednak ich karmaniola, jeśli istnieje, dotąd w świat nie popłynęła.
Do roli oręża nadają się nie kontestatorskie protest-songi, nie bluesy pełne skargi ani żałobne lamenty, nawet nie salwy gitarowych riffów, lecz śmiałe, gniewne odezwy, którym do taktu grają surmy bojowe. Grupa Pink Floyd, czy co tam z niej zostało, podłączając się do „Czerwonej kaliny” Andrija Chływniuka karmi się cudzą sławą i do czynu nie porywa. Już lepiej byłoby pożyczyć od kibiców Liverpoolu i dedykować Ukraińcom arię solidarności „ You’ll Never Walk Alone”.
W Ukrainie odzyskały wagę słowa poety, napisane dawno, na innej wojnie: dzisiaj pieśń to strzelecki rów, okrzyk i rozkaz. No i musi być jeszcze rytm: moje serce stal, moja krew Azow. Pół na pół – marsz ku życiu i tango ze śmiercią. Niesamowita piosenka. Kozak System, niesamowita kapela.
Żołnierze Putina też mają swoje ojczyźniane hity, choć już niekoniecznie „Katiuszę”. Wagnerowcy powinni puszczać z głośników „Walkirię”, ale wolą idoli rus-popu. Po wojnach czeczeńskich zespół „Lube” rymował specnaz – Kawkaz, teraz to będzie Donbas. Wszelkie marsze najeźdźców – z Horst Wessel Lied na czele – mają jednak tę wadę, że są wykonywane z pozycji panów sytuacji, którzy – w swoim przekonaniu – już zwyciężyli i nic tego nie odmieni. One tak nie mobilizują, jak pieśni obrony i odwetu, jak chóralne żądania sprawiedliwości. Niektóre z nich żyją krótko, gdy ich moc nie może podołać przemocy. Tak było na Placu Tahrir, tak było na Placu Taksim. Tak jest na mińskim Placu Niepodległości. Pieśń z Majdanu słychać ciągle, teraz nawet wyraźniej niż kiedykolwiek. Na własną wciąż czeka Plac Czerwony.